Wywiad z Leszkiem - kibicem Ruchu Radzionków

Dzisiaj mamy dla Was całkiem inny artykuł do przeczytania, a mianowicie zaczynamy cykl wywiadów z kibicami Ruchu Radzionków.
W pierwszej kolejności kilka pytań zadamy Leszkowi – fanatyk Ruchu starszej daty, który przebywa obecnie na emigracji, jednak między innymi to on brał udział przy „rozkręcaniu” ruchu kibicowskiego w Radzionkowie.
Czytając poniższy wywiad wielu z Was przeniesie się wspomnieniami i myślami w przeszłość, a innym znowu trudno będzie sobie wyobrazić to, że mecz z Widzewem Łódź nie był najważniejszym spotkaniem Leszka. Życzymy miłego czytania !
Czytając poniższy wywiad wielu z Was przeniesie się wspomnieniami i myślami w przeszłość, a innym znowu trudno będzie sobie wyobrazić to, że mecz z Widzewem Łódź nie był najważniejszym spotkaniem Leszka. Życzymy miłego czytania !
1. Cześć Leszek!
Oczywiście tego pytania nie może zabraknąć w naszym wywiadzie i właśnie zaczynamy rozmowę z Tobą od tego. Powiedz wszystkim jak trafiłeś na mecze Ruchu Radzionków i czy pamiętasz swój pierwszy mecz?
- Nikt nie wie, nawet ja sam, jak wyglądałoby moje kibicowskie życie, gdyby nie fakt, że mój św.p. Tato był zagorzałym kibicem "Cidrów". Podczas spotkań rodzinnych do miana legend przeszły już opowieści Mamy jak to Tata nagle znikał z domu i na rowerze przemierzał kilometry by obejrzeć wyjazdowe spotkania "Cidrów". Żeby było ciekawiej zabierał z sobą gołębia, by po końcowym gwizdku wepchnąć mu za obrączkę skrawek papierka z wynikiem meczu, a w Radzionkowie inni zniecierpliwieni kibice wyczekiwali gołębia z ważną informacją. Mam również o 9 lat starszego brata, również kibica. Pochodzę więc z tzw rodziny "kibicowskiej". Oprócz różnicy wieku z bratem różni nas jeszcze to, że brat rodził się w Starym Radzionkowie, a ja już na Stroszku, który miał na tamte czasy administracyjną nazwę "Radzionków 3", bo to właśnie tam rodzice dostali mieszkanie w nowo wybudowanym bloku przy ul. Tysiąclecia, gdzie mama mieszka do dnia dzisiejszego. Jako, że wówczas Ruch miał swe boisko w miejscu dzisiejszego targowiska nigdy nie zapomnę jak maszerowałem za rączkę z Tatą i bratem ulicą Długą przez "Waserturn" jako 5-letni brzdąc co drugą mniej więcej sobotę na mecz Radzionkowian. Byliśmy wtedy na zapleczu II ligi, czyli na trzecim poziomie krajowych rozgrywek, ale nie było to nazywane trzecią ligą, a raczej "okręgówką". A mój pierwszy mecz to wygrana 1:0 z Pogonią Blachownia, a było to chyba jesienią 1969 roku. Pamiętam opowieści Taty jak z dumą wspominał, że właśnie na tym skromnym, zwykłym boisku odnieśliśmy w 1952 roku ogromny sukces w postaci awansu i gry w II lidze. Pomimo wspaniałej postawy owocującej wysokim piątym miejscem doszło jednak wtedy w krajowych rozgrywkach do potężnej reorganizacji, która zepchnęła "Cidry"z powrotem klasę niżej czyli na trzeci szczebel rozgrywek. A o doskonałej postawie Ruchu może świadczyć bardzo dobra różnica bramek z całych rozgrywek (40-25). Tych opowieści Taty słuchałem z zapartym tchem, wyglądały one jak nie z tego świata, jak coś niewyobrażalnego. II liga w Radzionkowie! Boże, takie coś chyba już po raz kolejny się nie powtórzy, tak wtedy myślałem. Tym bardziej rozumiem teraz osłupienie dzisiejszych młodych kibiców, kiedy to tym razem ja opowiadam im jak laliśmy najlepszych i to w ekstraklasie. Z meczów na "starym bojsku" (bo tak się o tym miejscu mówiło dokładnie fonetycznie) muszę wymienić kilka nazwisk, które zapamiętałem jako młody chłopak, właściwie jeszcze dziecko. A byłaby to wspaniała trójka bramkostrzelnych napastników: Jerzy Żydek (pseud "Zelter"), Jan Musioł (pseud "Erich"), Józef Bednarek, boczni obrońcy Roman Tobor (pseud "Klapa") i Jerza Bacik (kupiony później przez II-ligową Wisłokę Dębica), stoper Pricko (pseud "Czołg"), bardzo dobry pomocnik Paweł Banaś (ojciec Adasia), czy bramkarz Stopik (pseud "Jaszin"). Na tamten okres przypadają też moje pierwsze wyjazdy, na które zabierał mnie Ojciec, pamiętam trzy: Górnik Siemianowice, Grunwald Ruda Śląska i Siemianowiczanka. Prawdopodobnie było ich więcej, ale te trzy utkwiły mi w pamięci i czy to się komuś podoba czy nie, zaliczam je na konto ogólnej liczby moich wyjazdów... I tu muszę dodać, że już wtedy coraz śmielej mówiło się o budowie nowego stadionu w naszej osiedlowej w stu procentach RADZIONKOWSKIEJ dzielnicy Stroszek....

2. Jak wyglądały początki ruchu kibicowskiego w Radzionkowie ?
Opowiedz najmłodszym kibicom jak wyglądało dawniej kibicowanie w żółto - czarnej Ojczyźnie.
Od czegoś musiało się to wszystko zacząć, aby rozkręcić fanatyzm w Radzionkowie to musiało być Was kilku.
- No i doszło w końcu do tego, że doczekaliśmy się stadionu z prawdziwego zdarzenia. I to zaledwie 700 może 800 metrów od bloku, w którym się urodziłem i mieszkałem. Początki nie były ciekawe, nasza drużyna lawirowała pomiędzy "okręgówką", a Klasą "A". "Cidry" jawiły się więc jako za słabi na "okręgówkę" ale za silni na "A"klasę. Jednym z niezaprzeczalnych i potężnych pozytywów przenosin ze "starego boiska" na nowy obiekt na Stroszku (oprócz oczywiście jego walorów wizualnych i stricte sportowych) był widoczny, nawet dla tak młodego chłopaka jakim wówczas byłem, rozwój pracy z młodzieżą. Powstało wiele grup trampkarskich i juniorskich jakich nie było wcześniej. Wiem, bo sam przeszedłem kilka. Klub i szatnie tętniły życiem. Dzięki temu Ruch Radzionków na bazie własnego narybku stał się solidnym średniakiem w lidze okręgowej. Od tego czasu nie "zaliczył" ani jednego spadku, a na N11 bali się przyjeżdżać potentaci do awansu do III ligi. Zaczęło też przychodzić coraz więcej kibiców. Z pewnością też dlatego, że Stroszek wciąż się rozbudowywał, a co za tym idzie mieszkańców przybywało. Na meczach pojawiało się regularnie 500 osób, ale w zależności od wagi spotkania bywało i 600, czasem nawet 800. Charakterystyczne było to, że przez wszystkie te kilkanaście sezonów, aż do awansu do III ligi wszyscy kibice skupiali się po obu stronach budynku klubowego, natomiast na stronę "tramwajową" nikt się zbytnio nie kwapił. A na boisku rządził już nasz król Marian. Jeszcze wtedy nie "Ecik", ta legendarna dziś ksywa przyszła nieco później. Mówiliśmy po prostu: "dzisiaj 3 gole znów strzelił Janocha", a młody strzelał ich już po prawie 40 na sezon, niemal w każdym meczu, a nierzadko 2 lub 3. Warto tu dodać, że były to czasy wielosezonowej rywalizacji "Cidrów" z koalicją drużyn zabrzańskich (Walka, Sparta, rezerwy "Górnika"), rudzkich (Slavia, Zgoda, Grunwald, Urania,), zagłębiowskich (Górnik Sosnowiec, Sarmacja Będzin, Zagłębianka Dąbrowa Górn., AKS Niwka, CKS Czeladż, Górnik Wojkowice), chorzowsko-katowickich (AKS, Chorzowianka-Wyzwolenie, MK Katowice, Rozwój), gliwickich (ŁTS Łabędy, Sośnica), piekarskich (Andaluzja, Olimpia) rybnicko-wodzisławskich (Górnik Radlin, Górnik Pszów, Naprzód Rydułtowy) czy bardziej lokalnych z podokręgu Bytom (Rozbark, Bobrek-Karb). Wymieniam te drużyny dlatego, że zjeździłem te boiska po kilka razy każde, niejednokrotnie sam. Marzyłem, by wyrwać się z tego zamkniętego koła i znaleźć się z ukochaną drużyną chociaż jeden szczebel wyżej, stać się solidnym trzecioligowcem, bo gdzieś tam wewnątrz czułem, że jest ku temu potencjał, że jest zapotrzebowanie na trzecioligową piłkę, zwłaszcza, że w kluczowych momentach bardziej udanych sezonów na decydujące mecze regularnie przychodziło już po 800 osób. I nieważne, że w znakomitej większości była to "zgreda"i "pikniki", bo w mojej głowie rodził się pomysł zebrania chociaż 20 kumpli i przenieść się na drugą stronę "tramwajową", no i być może wspomóc drużynę jakimś nieśmiałym dopingiem. No i w końcu stało się. RR wygrał swoją grupę "okręgówki" po solidnym laniu jakie sprawił w ostatniej kolejce Slavii w Rudzie Śląskiej (7:0). Ale radość z awansu nie trwała długo. Nie zgadniecie co się stało!!! REORGANIZACJA trzecich lig.... To słowo nie wróżyło dobrze, bo o czym wspomniałem już wcześniej, podobna decyzja krajowych władz na szczeblu centralnym zabrała miastu drugą ligę 37 lat wcześniej. Tym razem osiem trzecich lig w Polsce postanowiono zmniejszyć do zaledwie czterech i do klubu przyszła informacja, że aby awansować trzeba wygrać baraże i to aż trzy etapowe, systemem play- off mecz i rewanż. Na pierwszy ogień poszła Grębałowianka Kraków. Jeszcze nigdy za mej pamięci kibice "Cidrów" nie podróżowali za swoją drużyną trzema autokarami i kilkunastoma samochodami osobowymi, a ja osobiście nigdy nie widziałem 150 cidrowskich kibiców na wyjeździe. To było dziwne uczucie dla mnie widzieć nasz Ruch na zupełnie obcym terenie przeciwko drużynie, po której nie wiadomo czego można się spodziewać i to ponad 100 km od domu. Bramki Rakola i Majówy (Mirka Raka i Adama Maja) wprowadziły spokój zarówno na boisku jak i na trybunach. To był powrót do domu w sielankowym nastroju, a ja już wiedziałem, że w nagrodę za cenne 2:0 w tak ważnym meczu na wyjeździe, w rewanżu będzie doping od strony tramwajowej. Zresztą ilość kibiców (1600) i tak niejako zmusiła nas na przeniesienie się na drugą stronę. To był pierwszy mecz z dopingiem na N11, a liczba skrzykniętych przeze mnie osób w "młynie" przekroczyła 60. To ja pierwszy zryłem gardło krzycząc: "Ooooo Radzionków!!!! Ten mecz musimy wygrać!!!" nie wiedząc właściwie co dostanę w odpowiedzi... Przecież mogłem wyjść na kompletnego idiotę. Odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Echo odbiło się od bloków na Vitorze i Stroszku... I to był prawdziwy początek. Tak miało już być przez kolejne sezony... I czas pokazał, że było... Może to kogoś zawiedzie, ale w100 procentach w młynie dopingowali bywalcy restauracji "Czardasz" na Stroszku, bo to tam skupiało się życie towarzyskie tej dzielnicy i tam właśnie spotykaliśmy się regularnie, stamtąd wtedy wychodziliśmy na mecz i tam wracaliśmy "oblewać" zwycięstwa...
3. Przejdźmy do bardziej osobistych pytań.
Który mecz Ruchu utkwił Ci najbardziej w pamięci ?
- Było ich naprawdę sporo... Byłbym naprawdę mało oryginalny gdybym przy tej okazji wspomniał debiut "Cidrów" w ekstraklasie i rozwalenie wielkiego wówczas Widzewa 5:0. To był wielki, wspaniały i niezapomniany mecz, ale proszę uwierzyć, że na pewno nie najważniejszy. Aby opowiedzieć o najważniejszym w historii klubu meczu muszę cofnąć się do wspomnianych wcześniej baraży o awans do trzeciej ligi. O dwumeczu z Grębiałowianką Kraków już było dość sporo, a jak wspominałem były to baraże trzy etapowe. W ich drugiej rundzie trafiliśmy na Unię Oświęcim i znów zaczynaliśmy rywalizację od wyjazdu, znów 150 osób w trzech autokarach i kilkunastu samochodach osobowych. W Oświęcimiu nie byliśmy faworytami, ale drużyna zagrała bardzo dojrzale i z głową. Remis 1:1 przyjęliśmy z dużym zadowoleniem, bo wiedzieliśmy, że w rewanżu nie damy przeciwnikowi żadnych szans. No i przeczucia nasze spełniły się w stu procentach. Znów półtora tysiąca widzów, znów my po drugiej stronie z dopingiem, 2 gole "Ecika" przesądziły sprawę i pozostało nam już tylko czekać na ostatniego rywala w drodze po awans. Okazały się nim "Orlęta" Reszel, zwycięzca okręgówki z podokręgu olsztyńskiego. Pamiętam jak szukałem tej miejscowości na mapie, Boże to blisko 600 km!!! Tym razem pierwszy mecz graliśmy u siebie i wygraliśmy go dosyć łatwo 2:0, awans był więc o krok... Po meczu ugościliśmy pięciu kibiców przyjezdnych, nie wiem, może z szacunku, że przyjechali taki szmat drogi, może z litości, że im dokopaliśmy na boisku. Ci w ramach wdzięczności zarzekali się, że zrewanżują się tym samym u siebie. Ale z pewnością nie spodziewali się, że przyjadą trzy autokary kibiców. Wspominam o tym dlatego, że miejscowi okazali się jednymi z najbardziej chamskich kibiców jakich w życiu spotkałem. Spora część z nich trzymała w rękach łancuchy. Cały mecz sypało się pod naszym adresem obrażanie i wyzwiska. Nasz sektor ochraniany był kordonem policji. A sam mecz? Większych emocji nie przeżyłem nigdy dotychczas w meczu na żywo. O randze meczu niech świadczy fakt, że do jego prowadzenia wytypowany został sędzia międzynarodowy, sędziujący mecze na Mistrzostwach Świata w 1978 roku w Argentynie, Alojzy Jarguz. Dodam tylko, że sędziował tak "wspaniale", że doprowadził do wyrównania stanu dwumeczu i dogrywki, a w dogrywce odgwizdał koniec spotkania w sytuacji, gdzie byliśmy bardzo bliscy strzelenia gola choć do końca brakowało ponad minutę. Karne!!! Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podchodzili kolejno: św.p. Gienek Wyląg, Bolek Gruszka, Lonek Zawadzki, Ginter Klimek i jako, że Janusz "Bobo" Bobowski obronił nam jednego karnego, nasz piąty karny, do którego podchodził "Ecik" miał okazać się decydującym. Chyba nie muszę już mówić co działo się, gdy piłka zatrzepotała w siatce. To była radość nie do opisania. Pięć policyjnych "suk" eskortowało nasze autokary aż pod Olsztyn, mi urwał się film gdzieś pod Warszawą... Jeżeli nie wierzycie, że był to najważniejszy mecz w historii naszej drużyny to dodam tylko, że gdyby nie te wygrane karne w Reszlu prawdopodobnie wrócilibyśmy do szarych rozgrywek na szczeblu ligi okręgowej, prawdopodobnie nie byłoby kolejnych awansów, prawdopodobnie nie byłoby wspaniałych trzech sezonów w ekstraklasie...

4. A który wyjazd był dla Ciebie najbardziej „zakręcony”?
- Myślę, że na to miano zasługuje moim zdaniem wyjazd do Wrocławia na mecz na zapleczu ekstraklasy przeciwko Śląskowi. W czasie naszej podróży stało się tak, że gdzieś za Opolem jeden z naszych wyrzucił przez okno autokaru plastikową butelkę po coli. Nikt nie zwrócił na to specjalnej uwagi, ale gdzieś po 10, może 15 minutach zostaliśmy dogonieni przez policję na sygnale, zatrzymani i odprowadzeni na pobocze. Nie zapomnę, że dowódca tego patrolu rozpoczął słowami: "Zacznijmy od tego, że mecz macie z głowy". Niezbyt wiedzieliśmy o co chodzi, a okazało się, że wyrzucona butelka spadła na przednią szybę "volkswagena" na niemieckich blachach, prowadzonego przez "polską Niemkę", która po tym wszystkim omal nie wypadła z drogi. Przyjechała za nami, gdy staliśmy już na poboczu i dodała, że rzucający butelkę pozdrowił ją na dodatek fakulcem. Na sugestię policjantów weszła do autokaru i miała rozpoznać winnego. Przeszła wzdłuż autokaru chyba trzy razy tam i z powrotem i wszyscy widzieli, że ma ogromne kłopoty z rozpoznaniem twarzy winowajcy. W końcu wskazała na mego imiennika Leszka Cz., chyba dlatego, że coś jej dogadał, ale była to nieprawda, bo Leszek siedział koło mnie i na pewno tego nie zrobił. Niestety policja dała babie wiarę i zabrała Lecha z autokaru mówiąc naszemu kierowcy ku osłupieniu wszystkich, że jesteśmy wolni i możemy odjeżdżać. Wtedy ściągnąłem z czyjejś głowy czapkę i krzyknąłem na cały autokar: "Wyskakiwać kurwa z kasy i rzucać do czapki po co najmniej 5 zł każdy, bo nie ma czasu". Nazbierałem całą ciężką czapę monet i wyszedłem z autokaru. Zważając by babsko niczego nie zauważyło otworzyłem drzwi policyjnego samochodu i rzuciłem czapkę z pieniędzmi na siedzenie oznajmiając gliniarzom, że bez Leszka nigdzie nie jedziemy i zaraz cała ekipa opuści autokar i po co kłopoty nam i wam. A wskazując na czapkę powiedziałem, że to prezent za uwolnienie kumpla. Gliniarze ocipieli i nie wiedzieli co powiedzieć, bo w czapce było skromnie licząc grubo ponad 100 zł, a na tamte czasy była to suma dosyć pokaźna. Ku zdziwieniu zgodzili się i kazali nam spier...ć. W samym Wrocławiu czekali na nas ludzie z pierwszego autokaru, który rzecz jasna dotarł dużo wcześniej, bo przejechali całą trasę bez przygód. Przy bramach stadionu antyterroryści w czarnych mundurach kazali nam pościągać pasy z gaci i zaprowadzili nas do klaty. Śląsk nas nieco z początku przekrzykiwał, ale nie dawaliśmy za wygraną, a po bramce "Ecika" byliśmy już naprawdę świetni, a Śląsk nieco przytłumiony. Zostało 1:0, a 3 punkty były ogromnym krokiem w kierunku ekstraklasy...
5. Wiemy, że miałeś też dobry kontakt z piłkarzami – którego zawodnika najlepiej wspominasz?
- To nie będzie łatwe, bo po dziś dzień wielu z nich jest moimi przyjaciółmi. Wyjątkowa przyjaźń jest między mną, a Mirkiem Rakiem scementowana od bardzo dawna zamiłowaniem do tego samego rodzaju muzyki, również Damian Dramski, Joachim Paruzel, Jacek Dziąsko, św.p. Jurek Klocek to piłkarze, z którymi byłem w bliskiej komitywie nie tylko dlatego, że byli piłkarzami RR, ale byliśmy również w przyjaźni na niwie prywatnej. Z Jurkiem na przykład graliśmy bardzo popularne w tamtym czasie tzw "wetki" na pieniądze, wygrywając sporo szmalu, bo to co Klokol potrafił wyprawiać na mniejszym boisku to można chyba pod względem techniki porównać do gry Mirosława Okońskiego czy innych wspaniałych techników. Tradycją były też nasze spotkania na meczach rezerw w niedzielę przed obiadem. Do wyżej wymienionych dołączał do nas Ecik, Andrzej Markusik, czasem Tomek Fornalik i staliśmy przy linii bocznego boiska rozmawiając nie tylko o toczącym się meczu rezerw, a częściej wspominając w szczegółach mecz pierwszej drużyny z poprzedniego dnia. Z tamtego okresu wypstrykano też mnóstwo zdjęć, brylował w tym Jurek Klocek, miłośnik fotografiki. A przypominam, że były to czasy, gdy nie było komórek, którymi dzisiaj robi się zdjęcia przy każdej okazji na co dzień. Niestety z ogromnym bólem muszę przyznać, że zdjęcia te nigdy do mnie nie dotarły, bo Jurek mieszkał i zmarł w Niemczech, choć często go o nie pytałem. Byłyby wspaniałą pamiątką z tamtych lat. Były też dowcipy i mnóstwo śmiechu. Nie będę ukrywał, że były też spotkania przy piwie. Wiele mówi się jak to Ecik uwielbia napić się piwa, miałem też okazję napić się z nim nieraz, ale jedno muszę stwierdzić, że nigdy przenigdy nie widziałem Mariana na tzw. cyku. Często było też tak, że wstawał od stołu i mówił "Chopy, na mnie czas, kto mo jeszcze ochota na piwo to mogymy sie napić jeszcze po piwku ale u mnie w doma". To prawdziwy sportowiec, w stu procentach profesjonalny. A wracając do pytania, "którego zawodnika najlepiej wspominam" to muszę tu wyróżnić Jarka Przewoźnika, wspaniałego bramkarza, który zasłynął obroną pięciu kolejnych karnych w pięciu kolejnych meczach, niezwykle spokojnego człowieka, cichego i grzecznego, który podróżował autokarem z głową przy szybie, gdy z resztą drużyny wygłupialiśmy się, czy graliśmy w karty to on potrafił cały czas podróży spędzić w zupełnym milczeniu. Cały czas mowa o piłkarzach, z którymi dane mi było podróżować wspólnie w autokarze klubowym. Później, po awansie do II-giej ligi taki przywilej mi się skończył, choćby z racji tego, że drużyna często wyruszała na wyjazd dzień przed meczem i zdarzało się, że spędzała noc w hotelu. Z czasów ekstraklasy miło wspominam Romka Cegiełkę, który może nie był podstawowym zawodnikiem, ale przeszedł z nami całą zawiłą drogę i mimo, że był najniższym zawodnikiem nigdy się nie poddawał i zawsze zostawiał na boisku swe serce. Dał wiele ważnych zmian i czasami przesądzał o losach meczu. Często siadaliśmy razem w autokarze. Jako ciekawostkę dodam, że Mirek Rak i Dymion (tak go ochrzcił "Ecik") Dramski byli gośćmi jako delegacja z klubu na moim weselu. Przyszli prosto spod prysznica jeszcze z mokrymi włosami prosto po przegranym meczu u siebie z Unią Oświęcim (0:1). Ten mecz był rozgrywany w dniu 29 sierpnia 1992 o godzinie 17.00. To był dzień mego ślubu... Jakież było zdziwienie gości, że zniknął Pan Młody. Bo Pan Młody uciekł z kilkoma gośćmi w ślubnym garniturze na mecz R/R.

6. Obecnie jesteś na Emigracji.
W jaki sposób starasz się kibicować Ruchowi? Kiedy ostatni raz byłeś na meczu Ruchu?
Duch kibica z prawdziwego fana nie wyjdzie nigdy i nieważne, w którym miejscu na Ziemi jesteś to i tak na zawsze będziesz z ukochaną drużyną. Pozostało to mrowienie i nerwówka w dniu meczu, szukanie w Internecie wyniku do przerwy, później końcowego, analizowanie szans i sytuacji w tabeli. Strasznie przeżyłem informację o likwidacji N11, to tak jakbym stracił potężną część życia, ale historii tego, co tam przeżyłem nikt nie jest w stanie ze mnie wyrwać. Za każdym razem gdy odwiedzałem rodzinę na Stroszku, to wszyscy wiedzieli, że moje plany pobytu musiały być tak poukładane, by nie zabrakło mnie na meczu. Nawet w sezonie wakacyjnym prawie codziennie byłem na stadionie, przechadzałem się koroną, wspominając, co tu się działo w tych niesamowitych dla nas czasach. Po zburzeniu też bywałem na Stroszku, ale tam nie poszedłem, chyba bym umarł... Ostatnio na meczu byłem, gdy graliśmy z Gwarkiem Tarnowskie Góry, jeszcze na N11. Fajny mecz, 1:1, no i to, co zrobili dla mnie młodzi kibice z młyna, którzy mnie rozpoznali i wręczyli pamiątkowy proporczyk. Była też część starej gwardii, że wymienię tylko Richarda H., św.p. "Jasia", "Kikiego" czy Adama G. Ci ludzie to kawał historii, zapisałem z nimi niejeden rozdział. Ale skoro o nazwiskach, to muszę tu wspomnieć Wiolę, niesamowita dziewczyna. Jeśli chodzi o wyjazdy z okresu drugiej ligi to chyba ani w połowie nie zaliczyłem tyle co ona. Wielki szacun... Trochę wstyd, ale nie dane mi już było być ani na Orzechu, ani "Orliku". No ale cóż, sytuacja jest jaka jest. 13 marca ub. r. miałem tak ustawiony pobyt, że prosto z lotniska miałem jechać na mecz. Niestety spotkanie zostało odwołane. Nie moja wina, że władcy tego świata zadrwili sobie z nas wszystkich. Czasami staram się Was wesprzeć jakąś skromną kwotą.

7. Ekstraklasa – dla całego Radzionkowskiego społeczeństwa był to sen, który się spełnił.
W małym miasteczku powstała ekipa piłkarzy, która nie bała się Lecha Poznań czy Wisły Kraków.
Jak oceniasz naszą grę w ekstraklasie? Czy była szansa na to, by pozostać tam dłużej?
Ruch Radzionków w momencie awansu do ekstraklasy miał już drużynę gotową, to byli wyrobnicy, którzy w drodze po awans rozjechali rywali jak walec prezentując wspaniały poziom. Owszem, pojawiały się pytania i niepewności jak to zafunkcjonuje na najwyższym szczeblu. Odpowiedzią były wyniki. Nie zapomnę jak w czwartek przed pierwszym meczem po treningu trener Andrzej Płatek poprosił mnie o wytypowanie wyniku. Powiedziałem mu "trenerze myślę, że stać nas na jakieś 1:1". Ten odpowiedział mi, że będą 3 pkt, a Darek (Klytta) nie puści gola. Tylko się uśmiechnąłem. W poniedziałek po meczu z Widzewem znów się pojawiłem na treningu. Trener skradł się po cichu z tyłu i walnął mnie swoją potężną jak łopata dłonią w plecy i zaczął się śmiać "Co, nie mówiłem Ci jak będzie. A widzisz, było jeszcze lepiej". Uwielbiałem tego człowieka, byłem z nim na kilku wyjazdowych meczach naszych rezerw. Lubił robić to tajniacko, by piłkarze nie wiedzieli, że ich podgląda. Zawsze powtarzał, że mając drużynę w ekstraklasie musisz interesować się tym, co pokazują rezerwowi. Opowiadał mi o swym stażu w Barcelonie. Z takim trenerem mogliśmy być spokojni o wyniki. A te były wspaniałe. Gazety pisały o "Twierdzy Radzionków", ale także o naszym niesamowitym, trwającym pełne 90 minut dopingu. Pierwszy sezon w ekstraklasie to była gra "Cidrów" na najwyższym krajowym poziomie. Wyników nie będę tu przytaczał, bo prawdziwi kibice znają je na pamięć. Chodzi raczej o ludzi, którzy to wszystko tworzyli wspaniałą grą i charakterem na boisku, gdzie nikt nogi nie cofał. Atmosfera w szatni była podobna, nie było podziałów, a "Ecik" trzymał wszystko w odpowiednich ryzach. No i my na trybunach, niezapomniana atmosfera, doping non-stop. Klub płacił kary, bo po pierwszym gwizdku na płycie lądowały tony serpentyn, sędzia przerywał mecz na uprzątnięcie murawy. Ale z czasem wszystko co niektórym spowszedniało, na trybunach nie było już tak tłumnie. Ludzie widzieli 5:0 z Widzewem, derby z Górnikiem, Ruchem, GKS-em i nic już specjalnie nie mogło ich zaskoczyć. W ciepłe soboty wybrali więc grilla na ogródku, wyjazd na Chechło czy urodziny cioci Zosi. Tylko my byliśmy zawsze na swoich miejscach patrząc ze smutkiem jak liczba kibiców topnieje z dziesięciu tysięcy na początku pierwszego sezonu do trzech, czterech w dwóch następnych... A ze strony czysto piłkarskiej tak mały klubik nie mógł sobie pozwolić na grę na najwyższym poziomie w kilku kolejnych sezonach, ten sam skład nie był w stanie tego zapewnić, trzeba było zmian, zmienników prezentujących wysoki, wyrównany poziom. Zabrakło też trochę doświadczenia, a wykończyły nas przede wszystkim porażki ze śląskimi drużynami, w jednym z meczów o wszystko przegraliśmy u siebie z Ruchem Chorzów 0:2, a ja nie zapomnę jak strzelec obu goli Mariusz Śrutwa ze swym szyderczym uśmiechem podbiegał pod nasz młyn. Nie cierpię gościa...
8. Obecnie ruch kibicowski w Radzionkowie tworzą całkowicie inni kibice, którzy w pełni angażują się na trybunach. Mimo małej ekipy w Polsce jesteśmy znani z ciekawych opraw.
Jak oceniasz obecną sytuację na trybunach?
Ha, ha, ha, chłopie, Wasze wyczyny znają w Anglii wszyscy moi polscy i angielscy przyjaciele i znajomi. Wyświetlam zdjęcia z Facebooka i pokazuję im mówiąc "patrzcie jak się bawią moje dzieci". Są pod wrażeniem. Jestem z Was dumny, czasami nie mogę uwierzyć, że odwalacie takie rzeczy. Cieszę się, że moje ziarno zostało zasiane na podatny grunt. Największy szacunek macie ode mnie za to, że mimo tylu przeciwności losu cały czas ciągniecie ten wózek i tak wspaniale się potraficie organizować. Macie moje błogosławieństwo i nawet nie myślcie sobie spoczywać na laurach. Piłka nożna to najwspanialszy sport na planecie, ale jego solą są kibice. Przykładem niechaj są mecze w dobie pandemii. Przypominają bardziej trening niż mecze o stawkę. Mam nadzieję, że ten dziwny okres Was nie uśpi i powrócicie niedługo na trybuny ze zdwojoną energią.
9. Co chciałbyś przekazać kibicom, którzy obecnie uczęszczają na mecze Ruchu?
Przede wszystkim chciałbym, żeby uwierzyli w lepsze czasy. Kiedy awansowaliśmy do ekstraklasy podszedł do mnie obrońca Andrzej Markusik i powiedział: "Tobie Lechu należą się szczególne gratulacje, bo jako jeden z nielicznych nigdy nie przestawałeś wierzyć", A Andrzej zna mnie jak mało kto, bo jeszcze z czasów, gdy przed meczami pierwszych drużyn w okręgówce odbywał się tzw. przedmecz juniorów, stąd z Andrzejem jako wychowankiem R/R spędziliśmy w autokarze setki godzin. Ma on też na koncie wiele udanych spotkań w ekstraklasie, a prywatnie jest kuzynem "Ecika". Chciałbym im też przekazać, by umieli sprawiedliwie oceniać postawę piłkarzy na boisku. Bo nie każdy piłkarz ma wrodzony talent, są też tacy, którzy brak umiejętności nadrabiają niesamowitą ambicją. Wytrawne oko kibica powinno to łatwo rozpoznać, bo piłkarze, którzy gryzą trawę zasługują na najwyższe uznanie. Właśnie takim piłkarzom dajcie czasem szczególne wsparcie skandując na przykład jego imię i nazwisko w trakcie meczu. Może to wyzwolić w nich dodatkowe siły i więcej pewności siebie. Wiele razy byłem w sytuacji, że piłkarzom towarzyszyły gwizdy. Nigdy nie byłem zwolennikiem takiego traktowania własnych piłkarzy, ale frustracja kibiców czasami do tego niestety doprowadza, że gwiżdżą na swoich. Nie wróży to niczego dobrego. No i utrzymujcie z drużyną dobre relacje. To dobre dla obu stron...
10. Twoje marzenie związane z Cidrami to …? A może już się spełniło?
Jestem już w Anglii szesnasty rok, ale nie planuję się tu zestarzeć. Moim marzeniem jest wrócić niedługo na stałe na Śląsk. Oczywiście wiązałoby się to z moim powrotem na trybuny. Chciałbym przeżyć jeszcze jakiś dreszczyk emocji związany jak kiedyś z kilkoma ważnymi awansami. I być może dożyję z Wami czasów, że awansujemy na tyle wysoko, że nasz poczciwy "Orlik" okaże się za ciasny ze względu na ogromne zainteresowanie meczami "Cidrów".
A nóż przyjdzie mi świętować jakiś wyjątkowy awans razem z Wami...
A tak poza tym to marzy mi się jakieś spotkanie z Wami, młodymi kibicami gdzieś w wynajętej na tę okazję restauracji. Ja ze swej strony dołożę starań by takie spotkanie zaszczycił król "Ecik", który wierzę, że nie odmówiłby mi takiego zaproszenia, może jeszcze ktoś z tamtej drużyny, ktoś ze starej gwardii kibiców, Richard,"Kiki", Adam, mój brat, może Wiola.
Wspomnień nie byłoby końca, chyba do białego rana....
Dziękuję za zaproszenie mnie do tego wywiadu, to ogromny dla mnie zaszczyt...

Oczywiście tego pytania nie może zabraknąć w naszym wywiadzie i właśnie zaczynamy rozmowę z Tobą od tego. Powiedz wszystkim jak trafiłeś na mecze Ruchu Radzionków i czy pamiętasz swój pierwszy mecz?
- Nikt nie wie, nawet ja sam, jak wyglądałoby moje kibicowskie życie, gdyby nie fakt, że mój św.p. Tato był zagorzałym kibicem "Cidrów". Podczas spotkań rodzinnych do miana legend przeszły już opowieści Mamy jak to Tata nagle znikał z domu i na rowerze przemierzał kilometry by obejrzeć wyjazdowe spotkania "Cidrów". Żeby było ciekawiej zabierał z sobą gołębia, by po końcowym gwizdku wepchnąć mu za obrączkę skrawek papierka z wynikiem meczu, a w Radzionkowie inni zniecierpliwieni kibice wyczekiwali gołębia z ważną informacją. Mam również o 9 lat starszego brata, również kibica. Pochodzę więc z tzw rodziny "kibicowskiej". Oprócz różnicy wieku z bratem różni nas jeszcze to, że brat rodził się w Starym Radzionkowie, a ja już na Stroszku, który miał na tamte czasy administracyjną nazwę "Radzionków 3", bo to właśnie tam rodzice dostali mieszkanie w nowo wybudowanym bloku przy ul. Tysiąclecia, gdzie mama mieszka do dnia dzisiejszego. Jako, że wówczas Ruch miał swe boisko w miejscu dzisiejszego targowiska nigdy nie zapomnę jak maszerowałem za rączkę z Tatą i bratem ulicą Długą przez "Waserturn" jako 5-letni brzdąc co drugą mniej więcej sobotę na mecz Radzionkowian. Byliśmy wtedy na zapleczu II ligi, czyli na trzecim poziomie krajowych rozgrywek, ale nie było to nazywane trzecią ligą, a raczej "okręgówką". A mój pierwszy mecz to wygrana 1:0 z Pogonią Blachownia, a było to chyba jesienią 1969 roku. Pamiętam opowieści Taty jak z dumą wspominał, że właśnie na tym skromnym, zwykłym boisku odnieśliśmy w 1952 roku ogromny sukces w postaci awansu i gry w II lidze. Pomimo wspaniałej postawy owocującej wysokim piątym miejscem doszło jednak wtedy w krajowych rozgrywkach do potężnej reorganizacji, która zepchnęła "Cidry"z powrotem klasę niżej czyli na trzeci szczebel rozgrywek. A o doskonałej postawie Ruchu może świadczyć bardzo dobra różnica bramek z całych rozgrywek (40-25). Tych opowieści Taty słuchałem z zapartym tchem, wyglądały one jak nie z tego świata, jak coś niewyobrażalnego. II liga w Radzionkowie! Boże, takie coś chyba już po raz kolejny się nie powtórzy, tak wtedy myślałem. Tym bardziej rozumiem teraz osłupienie dzisiejszych młodych kibiców, kiedy to tym razem ja opowiadam im jak laliśmy najlepszych i to w ekstraklasie. Z meczów na "starym bojsku" (bo tak się o tym miejscu mówiło dokładnie fonetycznie) muszę wymienić kilka nazwisk, które zapamiętałem jako młody chłopak, właściwie jeszcze dziecko. A byłaby to wspaniała trójka bramkostrzelnych napastników: Jerzy Żydek (pseud "Zelter"), Jan Musioł (pseud "Erich"), Józef Bednarek, boczni obrońcy Roman Tobor (pseud "Klapa") i Jerza Bacik (kupiony później przez II-ligową Wisłokę Dębica), stoper Pricko (pseud "Czołg"), bardzo dobry pomocnik Paweł Banaś (ojciec Adasia), czy bramkarz Stopik (pseud "Jaszin"). Na tamten okres przypadają też moje pierwsze wyjazdy, na które zabierał mnie Ojciec, pamiętam trzy: Górnik Siemianowice, Grunwald Ruda Śląska i Siemianowiczanka. Prawdopodobnie było ich więcej, ale te trzy utkwiły mi w pamięci i czy to się komuś podoba czy nie, zaliczam je na konto ogólnej liczby moich wyjazdów... I tu muszę dodać, że już wtedy coraz śmielej mówiło się o budowie nowego stadionu w naszej osiedlowej w stu procentach RADZIONKOWSKIEJ dzielnicy Stroszek....

2. Jak wyglądały początki ruchu kibicowskiego w Radzionkowie ?
Opowiedz najmłodszym kibicom jak wyglądało dawniej kibicowanie w żółto - czarnej Ojczyźnie.
Od czegoś musiało się to wszystko zacząć, aby rozkręcić fanatyzm w Radzionkowie to musiało być Was kilku.
- No i doszło w końcu do tego, że doczekaliśmy się stadionu z prawdziwego zdarzenia. I to zaledwie 700 może 800 metrów od bloku, w którym się urodziłem i mieszkałem. Początki nie były ciekawe, nasza drużyna lawirowała pomiędzy "okręgówką", a Klasą "A". "Cidry" jawiły się więc jako za słabi na "okręgówkę" ale za silni na "A"klasę. Jednym z niezaprzeczalnych i potężnych pozytywów przenosin ze "starego boiska" na nowy obiekt na Stroszku (oprócz oczywiście jego walorów wizualnych i stricte sportowych) był widoczny, nawet dla tak młodego chłopaka jakim wówczas byłem, rozwój pracy z młodzieżą. Powstało wiele grup trampkarskich i juniorskich jakich nie było wcześniej. Wiem, bo sam przeszedłem kilka. Klub i szatnie tętniły życiem. Dzięki temu Ruch Radzionków na bazie własnego narybku stał się solidnym średniakiem w lidze okręgowej. Od tego czasu nie "zaliczył" ani jednego spadku, a na N11 bali się przyjeżdżać potentaci do awansu do III ligi. Zaczęło też przychodzić coraz więcej kibiców. Z pewnością też dlatego, że Stroszek wciąż się rozbudowywał, a co za tym idzie mieszkańców przybywało. Na meczach pojawiało się regularnie 500 osób, ale w zależności od wagi spotkania bywało i 600, czasem nawet 800. Charakterystyczne było to, że przez wszystkie te kilkanaście sezonów, aż do awansu do III ligi wszyscy kibice skupiali się po obu stronach budynku klubowego, natomiast na stronę "tramwajową" nikt się zbytnio nie kwapił. A na boisku rządził już nasz król Marian. Jeszcze wtedy nie "Ecik", ta legendarna dziś ksywa przyszła nieco później. Mówiliśmy po prostu: "dzisiaj 3 gole znów strzelił Janocha", a młody strzelał ich już po prawie 40 na sezon, niemal w każdym meczu, a nierzadko 2 lub 3. Warto tu dodać, że były to czasy wielosezonowej rywalizacji "Cidrów" z koalicją drużyn zabrzańskich (Walka, Sparta, rezerwy "Górnika"), rudzkich (Slavia, Zgoda, Grunwald, Urania,), zagłębiowskich (Górnik Sosnowiec, Sarmacja Będzin, Zagłębianka Dąbrowa Górn., AKS Niwka, CKS Czeladż, Górnik Wojkowice), chorzowsko-katowickich (AKS, Chorzowianka-Wyzwolenie, MK Katowice, Rozwój), gliwickich (ŁTS Łabędy, Sośnica), piekarskich (Andaluzja, Olimpia) rybnicko-wodzisławskich (Górnik Radlin, Górnik Pszów, Naprzód Rydułtowy) czy bardziej lokalnych z podokręgu Bytom (Rozbark, Bobrek-Karb). Wymieniam te drużyny dlatego, że zjeździłem te boiska po kilka razy każde, niejednokrotnie sam. Marzyłem, by wyrwać się z tego zamkniętego koła i znaleźć się z ukochaną drużyną chociaż jeden szczebel wyżej, stać się solidnym trzecioligowcem, bo gdzieś tam wewnątrz czułem, że jest ku temu potencjał, że jest zapotrzebowanie na trzecioligową piłkę, zwłaszcza, że w kluczowych momentach bardziej udanych sezonów na decydujące mecze regularnie przychodziło już po 800 osób. I nieważne, że w znakomitej większości była to "zgreda"i "pikniki", bo w mojej głowie rodził się pomysł zebrania chociaż 20 kumpli i przenieść się na drugą stronę "tramwajową", no i być może wspomóc drużynę jakimś nieśmiałym dopingiem. No i w końcu stało się. RR wygrał swoją grupę "okręgówki" po solidnym laniu jakie sprawił w ostatniej kolejce Slavii w Rudzie Śląskiej (7:0). Ale radość z awansu nie trwała długo. Nie zgadniecie co się stało!!! REORGANIZACJA trzecich lig.... To słowo nie wróżyło dobrze, bo o czym wspomniałem już wcześniej, podobna decyzja krajowych władz na szczeblu centralnym zabrała miastu drugą ligę 37 lat wcześniej. Tym razem osiem trzecich lig w Polsce postanowiono zmniejszyć do zaledwie czterech i do klubu przyszła informacja, że aby awansować trzeba wygrać baraże i to aż trzy etapowe, systemem play- off mecz i rewanż. Na pierwszy ogień poszła Grębałowianka Kraków. Jeszcze nigdy za mej pamięci kibice "Cidrów" nie podróżowali za swoją drużyną trzema autokarami i kilkunastoma samochodami osobowymi, a ja osobiście nigdy nie widziałem 150 cidrowskich kibiców na wyjeździe. To było dziwne uczucie dla mnie widzieć nasz Ruch na zupełnie obcym terenie przeciwko drużynie, po której nie wiadomo czego można się spodziewać i to ponad 100 km od domu. Bramki Rakola i Majówy (Mirka Raka i Adama Maja) wprowadziły spokój zarówno na boisku jak i na trybunach. To był powrót do domu w sielankowym nastroju, a ja już wiedziałem, że w nagrodę za cenne 2:0 w tak ważnym meczu na wyjeździe, w rewanżu będzie doping od strony tramwajowej. Zresztą ilość kibiców (1600) i tak niejako zmusiła nas na przeniesienie się na drugą stronę. To był pierwszy mecz z dopingiem na N11, a liczba skrzykniętych przeze mnie osób w "młynie" przekroczyła 60. To ja pierwszy zryłem gardło krzycząc: "Ooooo Radzionków!!!! Ten mecz musimy wygrać!!!" nie wiedząc właściwie co dostanę w odpowiedzi... Przecież mogłem wyjść na kompletnego idiotę. Odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Echo odbiło się od bloków na Vitorze i Stroszku... I to był prawdziwy początek. Tak miało już być przez kolejne sezony... I czas pokazał, że było... Może to kogoś zawiedzie, ale w100 procentach w młynie dopingowali bywalcy restauracji "Czardasz" na Stroszku, bo to tam skupiało się życie towarzyskie tej dzielnicy i tam właśnie spotykaliśmy się regularnie, stamtąd wtedy wychodziliśmy na mecz i tam wracaliśmy "oblewać" zwycięstwa...
3. Przejdźmy do bardziej osobistych pytań.
Który mecz Ruchu utkwił Ci najbardziej w pamięci ?
- Było ich naprawdę sporo... Byłbym naprawdę mało oryginalny gdybym przy tej okazji wspomniał debiut "Cidrów" w ekstraklasie i rozwalenie wielkiego wówczas Widzewa 5:0. To był wielki, wspaniały i niezapomniany mecz, ale proszę uwierzyć, że na pewno nie najważniejszy. Aby opowiedzieć o najważniejszym w historii klubu meczu muszę cofnąć się do wspomnianych wcześniej baraży o awans do trzeciej ligi. O dwumeczu z Grębiałowianką Kraków już było dość sporo, a jak wspominałem były to baraże trzy etapowe. W ich drugiej rundzie trafiliśmy na Unię Oświęcim i znów zaczynaliśmy rywalizację od wyjazdu, znów 150 osób w trzech autokarach i kilkunastu samochodach osobowych. W Oświęcimiu nie byliśmy faworytami, ale drużyna zagrała bardzo dojrzale i z głową. Remis 1:1 przyjęliśmy z dużym zadowoleniem, bo wiedzieliśmy, że w rewanżu nie damy przeciwnikowi żadnych szans. No i przeczucia nasze spełniły się w stu procentach. Znów półtora tysiąca widzów, znów my po drugiej stronie z dopingiem, 2 gole "Ecika" przesądziły sprawę i pozostało nam już tylko czekać na ostatniego rywala w drodze po awans. Okazały się nim "Orlęta" Reszel, zwycięzca okręgówki z podokręgu olsztyńskiego. Pamiętam jak szukałem tej miejscowości na mapie, Boże to blisko 600 km!!! Tym razem pierwszy mecz graliśmy u siebie i wygraliśmy go dosyć łatwo 2:0, awans był więc o krok... Po meczu ugościliśmy pięciu kibiców przyjezdnych, nie wiem, może z szacunku, że przyjechali taki szmat drogi, może z litości, że im dokopaliśmy na boisku. Ci w ramach wdzięczności zarzekali się, że zrewanżują się tym samym u siebie. Ale z pewnością nie spodziewali się, że przyjadą trzy autokary kibiców. Wspominam o tym dlatego, że miejscowi okazali się jednymi z najbardziej chamskich kibiców jakich w życiu spotkałem. Spora część z nich trzymała w rękach łancuchy. Cały mecz sypało się pod naszym adresem obrażanie i wyzwiska. Nasz sektor ochraniany był kordonem policji. A sam mecz? Większych emocji nie przeżyłem nigdy dotychczas w meczu na żywo. O randze meczu niech świadczy fakt, że do jego prowadzenia wytypowany został sędzia międzynarodowy, sędziujący mecze na Mistrzostwach Świata w 1978 roku w Argentynie, Alojzy Jarguz. Dodam tylko, że sędziował tak "wspaniale", że doprowadził do wyrównania stanu dwumeczu i dogrywki, a w dogrywce odgwizdał koniec spotkania w sytuacji, gdzie byliśmy bardzo bliscy strzelenia gola choć do końca brakowało ponad minutę. Karne!!! Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podchodzili kolejno: św.p. Gienek Wyląg, Bolek Gruszka, Lonek Zawadzki, Ginter Klimek i jako, że Janusz "Bobo" Bobowski obronił nam jednego karnego, nasz piąty karny, do którego podchodził "Ecik" miał okazać się decydującym. Chyba nie muszę już mówić co działo się, gdy piłka zatrzepotała w siatce. To była radość nie do opisania. Pięć policyjnych "suk" eskortowało nasze autokary aż pod Olsztyn, mi urwał się film gdzieś pod Warszawą... Jeżeli nie wierzycie, że był to najważniejszy mecz w historii naszej drużyny to dodam tylko, że gdyby nie te wygrane karne w Reszlu prawdopodobnie wrócilibyśmy do szarych rozgrywek na szczeblu ligi okręgowej, prawdopodobnie nie byłoby kolejnych awansów, prawdopodobnie nie byłoby wspaniałych trzech sezonów w ekstraklasie...

4. A który wyjazd był dla Ciebie najbardziej „zakręcony”?
- Myślę, że na to miano zasługuje moim zdaniem wyjazd do Wrocławia na mecz na zapleczu ekstraklasy przeciwko Śląskowi. W czasie naszej podróży stało się tak, że gdzieś za Opolem jeden z naszych wyrzucił przez okno autokaru plastikową butelkę po coli. Nikt nie zwrócił na to specjalnej uwagi, ale gdzieś po 10, może 15 minutach zostaliśmy dogonieni przez policję na sygnale, zatrzymani i odprowadzeni na pobocze. Nie zapomnę, że dowódca tego patrolu rozpoczął słowami: "Zacznijmy od tego, że mecz macie z głowy". Niezbyt wiedzieliśmy o co chodzi, a okazało się, że wyrzucona butelka spadła na przednią szybę "volkswagena" na niemieckich blachach, prowadzonego przez "polską Niemkę", która po tym wszystkim omal nie wypadła z drogi. Przyjechała za nami, gdy staliśmy już na poboczu i dodała, że rzucający butelkę pozdrowił ją na dodatek fakulcem. Na sugestię policjantów weszła do autokaru i miała rozpoznać winnego. Przeszła wzdłuż autokaru chyba trzy razy tam i z powrotem i wszyscy widzieli, że ma ogromne kłopoty z rozpoznaniem twarzy winowajcy. W końcu wskazała na mego imiennika Leszka Cz., chyba dlatego, że coś jej dogadał, ale była to nieprawda, bo Leszek siedział koło mnie i na pewno tego nie zrobił. Niestety policja dała babie wiarę i zabrała Lecha z autokaru mówiąc naszemu kierowcy ku osłupieniu wszystkich, że jesteśmy wolni i możemy odjeżdżać. Wtedy ściągnąłem z czyjejś głowy czapkę i krzyknąłem na cały autokar: "Wyskakiwać kurwa z kasy i rzucać do czapki po co najmniej 5 zł każdy, bo nie ma czasu". Nazbierałem całą ciężką czapę monet i wyszedłem z autokaru. Zważając by babsko niczego nie zauważyło otworzyłem drzwi policyjnego samochodu i rzuciłem czapkę z pieniędzmi na siedzenie oznajmiając gliniarzom, że bez Leszka nigdzie nie jedziemy i zaraz cała ekipa opuści autokar i po co kłopoty nam i wam. A wskazując na czapkę powiedziałem, że to prezent za uwolnienie kumpla. Gliniarze ocipieli i nie wiedzieli co powiedzieć, bo w czapce było skromnie licząc grubo ponad 100 zł, a na tamte czasy była to suma dosyć pokaźna. Ku zdziwieniu zgodzili się i kazali nam spier...ć. W samym Wrocławiu czekali na nas ludzie z pierwszego autokaru, który rzecz jasna dotarł dużo wcześniej, bo przejechali całą trasę bez przygód. Przy bramach stadionu antyterroryści w czarnych mundurach kazali nam pościągać pasy z gaci i zaprowadzili nas do klaty. Śląsk nas nieco z początku przekrzykiwał, ale nie dawaliśmy za wygraną, a po bramce "Ecika" byliśmy już naprawdę świetni, a Śląsk nieco przytłumiony. Zostało 1:0, a 3 punkty były ogromnym krokiem w kierunku ekstraklasy...
5. Wiemy, że miałeś też dobry kontakt z piłkarzami – którego zawodnika najlepiej wspominasz?
- To nie będzie łatwe, bo po dziś dzień wielu z nich jest moimi przyjaciółmi. Wyjątkowa przyjaźń jest między mną, a Mirkiem Rakiem scementowana od bardzo dawna zamiłowaniem do tego samego rodzaju muzyki, również Damian Dramski, Joachim Paruzel, Jacek Dziąsko, św.p. Jurek Klocek to piłkarze, z którymi byłem w bliskiej komitywie nie tylko dlatego, że byli piłkarzami RR, ale byliśmy również w przyjaźni na niwie prywatnej. Z Jurkiem na przykład graliśmy bardzo popularne w tamtym czasie tzw "wetki" na pieniądze, wygrywając sporo szmalu, bo to co Klokol potrafił wyprawiać na mniejszym boisku to można chyba pod względem techniki porównać do gry Mirosława Okońskiego czy innych wspaniałych techników. Tradycją były też nasze spotkania na meczach rezerw w niedzielę przed obiadem. Do wyżej wymienionych dołączał do nas Ecik, Andrzej Markusik, czasem Tomek Fornalik i staliśmy przy linii bocznego boiska rozmawiając nie tylko o toczącym się meczu rezerw, a częściej wspominając w szczegółach mecz pierwszej drużyny z poprzedniego dnia. Z tamtego okresu wypstrykano też mnóstwo zdjęć, brylował w tym Jurek Klocek, miłośnik fotografiki. A przypominam, że były to czasy, gdy nie było komórek, którymi dzisiaj robi się zdjęcia przy każdej okazji na co dzień. Niestety z ogromnym bólem muszę przyznać, że zdjęcia te nigdy do mnie nie dotarły, bo Jurek mieszkał i zmarł w Niemczech, choć często go o nie pytałem. Byłyby wspaniałą pamiątką z tamtych lat. Były też dowcipy i mnóstwo śmiechu. Nie będę ukrywał, że były też spotkania przy piwie. Wiele mówi się jak to Ecik uwielbia napić się piwa, miałem też okazję napić się z nim nieraz, ale jedno muszę stwierdzić, że nigdy przenigdy nie widziałem Mariana na tzw. cyku. Często było też tak, że wstawał od stołu i mówił "Chopy, na mnie czas, kto mo jeszcze ochota na piwo to mogymy sie napić jeszcze po piwku ale u mnie w doma". To prawdziwy sportowiec, w stu procentach profesjonalny. A wracając do pytania, "którego zawodnika najlepiej wspominam" to muszę tu wyróżnić Jarka Przewoźnika, wspaniałego bramkarza, który zasłynął obroną pięciu kolejnych karnych w pięciu kolejnych meczach, niezwykle spokojnego człowieka, cichego i grzecznego, który podróżował autokarem z głową przy szybie, gdy z resztą drużyny wygłupialiśmy się, czy graliśmy w karty to on potrafił cały czas podróży spędzić w zupełnym milczeniu. Cały czas mowa o piłkarzach, z którymi dane mi było podróżować wspólnie w autokarze klubowym. Później, po awansie do II-giej ligi taki przywilej mi się skończył, choćby z racji tego, że drużyna często wyruszała na wyjazd dzień przed meczem i zdarzało się, że spędzała noc w hotelu. Z czasów ekstraklasy miło wspominam Romka Cegiełkę, który może nie był podstawowym zawodnikiem, ale przeszedł z nami całą zawiłą drogę i mimo, że był najniższym zawodnikiem nigdy się nie poddawał i zawsze zostawiał na boisku swe serce. Dał wiele ważnych zmian i czasami przesądzał o losach meczu. Często siadaliśmy razem w autokarze. Jako ciekawostkę dodam, że Mirek Rak i Dymion (tak go ochrzcił "Ecik") Dramski byli gośćmi jako delegacja z klubu na moim weselu. Przyszli prosto spod prysznica jeszcze z mokrymi włosami prosto po przegranym meczu u siebie z Unią Oświęcim (0:1). Ten mecz był rozgrywany w dniu 29 sierpnia 1992 o godzinie 17.00. To był dzień mego ślubu... Jakież było zdziwienie gości, że zniknął Pan Młody. Bo Pan Młody uciekł z kilkoma gośćmi w ślubnym garniturze na mecz R/R.

6. Obecnie jesteś na Emigracji.
W jaki sposób starasz się kibicować Ruchowi? Kiedy ostatni raz byłeś na meczu Ruchu?
Duch kibica z prawdziwego fana nie wyjdzie nigdy i nieważne, w którym miejscu na Ziemi jesteś to i tak na zawsze będziesz z ukochaną drużyną. Pozostało to mrowienie i nerwówka w dniu meczu, szukanie w Internecie wyniku do przerwy, później końcowego, analizowanie szans i sytuacji w tabeli. Strasznie przeżyłem informację o likwidacji N11, to tak jakbym stracił potężną część życia, ale historii tego, co tam przeżyłem nikt nie jest w stanie ze mnie wyrwać. Za każdym razem gdy odwiedzałem rodzinę na Stroszku, to wszyscy wiedzieli, że moje plany pobytu musiały być tak poukładane, by nie zabrakło mnie na meczu. Nawet w sezonie wakacyjnym prawie codziennie byłem na stadionie, przechadzałem się koroną, wspominając, co tu się działo w tych niesamowitych dla nas czasach. Po zburzeniu też bywałem na Stroszku, ale tam nie poszedłem, chyba bym umarł... Ostatnio na meczu byłem, gdy graliśmy z Gwarkiem Tarnowskie Góry, jeszcze na N11. Fajny mecz, 1:1, no i to, co zrobili dla mnie młodzi kibice z młyna, którzy mnie rozpoznali i wręczyli pamiątkowy proporczyk. Była też część starej gwardii, że wymienię tylko Richarda H., św.p. "Jasia", "Kikiego" czy Adama G. Ci ludzie to kawał historii, zapisałem z nimi niejeden rozdział. Ale skoro o nazwiskach, to muszę tu wspomnieć Wiolę, niesamowita dziewczyna. Jeśli chodzi o wyjazdy z okresu drugiej ligi to chyba ani w połowie nie zaliczyłem tyle co ona. Wielki szacun... Trochę wstyd, ale nie dane mi już było być ani na Orzechu, ani "Orliku". No ale cóż, sytuacja jest jaka jest. 13 marca ub. r. miałem tak ustawiony pobyt, że prosto z lotniska miałem jechać na mecz. Niestety spotkanie zostało odwołane. Nie moja wina, że władcy tego świata zadrwili sobie z nas wszystkich. Czasami staram się Was wesprzeć jakąś skromną kwotą.

7. Ekstraklasa – dla całego Radzionkowskiego społeczeństwa był to sen, który się spełnił.
W małym miasteczku powstała ekipa piłkarzy, która nie bała się Lecha Poznań czy Wisły Kraków.
Jak oceniasz naszą grę w ekstraklasie? Czy była szansa na to, by pozostać tam dłużej?
Ruch Radzionków w momencie awansu do ekstraklasy miał już drużynę gotową, to byli wyrobnicy, którzy w drodze po awans rozjechali rywali jak walec prezentując wspaniały poziom. Owszem, pojawiały się pytania i niepewności jak to zafunkcjonuje na najwyższym szczeblu. Odpowiedzią były wyniki. Nie zapomnę jak w czwartek przed pierwszym meczem po treningu trener Andrzej Płatek poprosił mnie o wytypowanie wyniku. Powiedziałem mu "trenerze myślę, że stać nas na jakieś 1:1". Ten odpowiedział mi, że będą 3 pkt, a Darek (Klytta) nie puści gola. Tylko się uśmiechnąłem. W poniedziałek po meczu z Widzewem znów się pojawiłem na treningu. Trener skradł się po cichu z tyłu i walnął mnie swoją potężną jak łopata dłonią w plecy i zaczął się śmiać "Co, nie mówiłem Ci jak będzie. A widzisz, było jeszcze lepiej". Uwielbiałem tego człowieka, byłem z nim na kilku wyjazdowych meczach naszych rezerw. Lubił robić to tajniacko, by piłkarze nie wiedzieli, że ich podgląda. Zawsze powtarzał, że mając drużynę w ekstraklasie musisz interesować się tym, co pokazują rezerwowi. Opowiadał mi o swym stażu w Barcelonie. Z takim trenerem mogliśmy być spokojni o wyniki. A te były wspaniałe. Gazety pisały o "Twierdzy Radzionków", ale także o naszym niesamowitym, trwającym pełne 90 minut dopingu. Pierwszy sezon w ekstraklasie to była gra "Cidrów" na najwyższym krajowym poziomie. Wyników nie będę tu przytaczał, bo prawdziwi kibice znają je na pamięć. Chodzi raczej o ludzi, którzy to wszystko tworzyli wspaniałą grą i charakterem na boisku, gdzie nikt nogi nie cofał. Atmosfera w szatni była podobna, nie było podziałów, a "Ecik" trzymał wszystko w odpowiednich ryzach. No i my na trybunach, niezapomniana atmosfera, doping non-stop. Klub płacił kary, bo po pierwszym gwizdku na płycie lądowały tony serpentyn, sędzia przerywał mecz na uprzątnięcie murawy. Ale z czasem wszystko co niektórym spowszedniało, na trybunach nie było już tak tłumnie. Ludzie widzieli 5:0 z Widzewem, derby z Górnikiem, Ruchem, GKS-em i nic już specjalnie nie mogło ich zaskoczyć. W ciepłe soboty wybrali więc grilla na ogródku, wyjazd na Chechło czy urodziny cioci Zosi. Tylko my byliśmy zawsze na swoich miejscach patrząc ze smutkiem jak liczba kibiców topnieje z dziesięciu tysięcy na początku pierwszego sezonu do trzech, czterech w dwóch następnych... A ze strony czysto piłkarskiej tak mały klubik nie mógł sobie pozwolić na grę na najwyższym poziomie w kilku kolejnych sezonach, ten sam skład nie był w stanie tego zapewnić, trzeba było zmian, zmienników prezentujących wysoki, wyrównany poziom. Zabrakło też trochę doświadczenia, a wykończyły nas przede wszystkim porażki ze śląskimi drużynami, w jednym z meczów o wszystko przegraliśmy u siebie z Ruchem Chorzów 0:2, a ja nie zapomnę jak strzelec obu goli Mariusz Śrutwa ze swym szyderczym uśmiechem podbiegał pod nasz młyn. Nie cierpię gościa...
8. Obecnie ruch kibicowski w Radzionkowie tworzą całkowicie inni kibice, którzy w pełni angażują się na trybunach. Mimo małej ekipy w Polsce jesteśmy znani z ciekawych opraw.
Jak oceniasz obecną sytuację na trybunach?
Ha, ha, ha, chłopie, Wasze wyczyny znają w Anglii wszyscy moi polscy i angielscy przyjaciele i znajomi. Wyświetlam zdjęcia z Facebooka i pokazuję im mówiąc "patrzcie jak się bawią moje dzieci". Są pod wrażeniem. Jestem z Was dumny, czasami nie mogę uwierzyć, że odwalacie takie rzeczy. Cieszę się, że moje ziarno zostało zasiane na podatny grunt. Największy szacunek macie ode mnie za to, że mimo tylu przeciwności losu cały czas ciągniecie ten wózek i tak wspaniale się potraficie organizować. Macie moje błogosławieństwo i nawet nie myślcie sobie spoczywać na laurach. Piłka nożna to najwspanialszy sport na planecie, ale jego solą są kibice. Przykładem niechaj są mecze w dobie pandemii. Przypominają bardziej trening niż mecze o stawkę. Mam nadzieję, że ten dziwny okres Was nie uśpi i powrócicie niedługo na trybuny ze zdwojoną energią.
9. Co chciałbyś przekazać kibicom, którzy obecnie uczęszczają na mecze Ruchu?
Przede wszystkim chciałbym, żeby uwierzyli w lepsze czasy. Kiedy awansowaliśmy do ekstraklasy podszedł do mnie obrońca Andrzej Markusik i powiedział: "Tobie Lechu należą się szczególne gratulacje, bo jako jeden z nielicznych nigdy nie przestawałeś wierzyć", A Andrzej zna mnie jak mało kto, bo jeszcze z czasów, gdy przed meczami pierwszych drużyn w okręgówce odbywał się tzw. przedmecz juniorów, stąd z Andrzejem jako wychowankiem R/R spędziliśmy w autokarze setki godzin. Ma on też na koncie wiele udanych spotkań w ekstraklasie, a prywatnie jest kuzynem "Ecika". Chciałbym im też przekazać, by umieli sprawiedliwie oceniać postawę piłkarzy na boisku. Bo nie każdy piłkarz ma wrodzony talent, są też tacy, którzy brak umiejętności nadrabiają niesamowitą ambicją. Wytrawne oko kibica powinno to łatwo rozpoznać, bo piłkarze, którzy gryzą trawę zasługują na najwyższe uznanie. Właśnie takim piłkarzom dajcie czasem szczególne wsparcie skandując na przykład jego imię i nazwisko w trakcie meczu. Może to wyzwolić w nich dodatkowe siły i więcej pewności siebie. Wiele razy byłem w sytuacji, że piłkarzom towarzyszyły gwizdy. Nigdy nie byłem zwolennikiem takiego traktowania własnych piłkarzy, ale frustracja kibiców czasami do tego niestety doprowadza, że gwiżdżą na swoich. Nie wróży to niczego dobrego. No i utrzymujcie z drużyną dobre relacje. To dobre dla obu stron...
10. Twoje marzenie związane z Cidrami to …? A może już się spełniło?
Jestem już w Anglii szesnasty rok, ale nie planuję się tu zestarzeć. Moim marzeniem jest wrócić niedługo na stałe na Śląsk. Oczywiście wiązałoby się to z moim powrotem na trybuny. Chciałbym przeżyć jeszcze jakiś dreszczyk emocji związany jak kiedyś z kilkoma ważnymi awansami. I być może dożyję z Wami czasów, że awansujemy na tyle wysoko, że nasz poczciwy "Orlik" okaże się za ciasny ze względu na ogromne zainteresowanie meczami "Cidrów".
A nóż przyjdzie mi świętować jakiś wyjątkowy awans razem z Wami...
A tak poza tym to marzy mi się jakieś spotkanie z Wami, młodymi kibicami gdzieś w wynajętej na tę okazję restauracji. Ja ze swej strony dołożę starań by takie spotkanie zaszczycił król "Ecik", który wierzę, że nie odmówiłby mi takiego zaproszenia, może jeszcze ktoś z tamtej drużyny, ktoś ze starej gwardii kibiców, Richard,"Kiki", Adam, mój brat, może Wiola.
Wspomnień nie byłoby końca, chyba do białego rana....
Dziękuję za zaproszenie mnie do tego wywiadu, to ogromny dla mnie zaszczyt...

Dodane: 2021-01-31