Szereg wydarzeń - początki na kibicowskim szlaku

Kibic piłki nożnej.
Mamy 2018 rok i od mojego pierwszego meczu mija około 21 lat.
Życie każdego kibica jest nietypowe i czasami nie zrozumiałe dla osób z poza naszego otoczenia.
Nie raz pewnie usłyszeliście o tym, jak można co weekend iść na mecz piątej klasy rozgrywkowej czy jechać w ogóle na wyjazd, gdzie wiele nie trzeba zrobić, aby dostać mandat czy wylądować na dołku i wyjść z niego z wyrokiem.



Wszyscy spoza naszego otoczenia kibicowanie widzą tylko w czarnych kolorach z okrągłym, niebieskim znaczkiem w rogu telewizora.
Tylko Ci ludzie nie wiedzą o tym, że każdy z nas tworzy swoją historię, kształtuje charakter i kolekcjonuje w pamięci sytuacje o których nieraz można gadać latami.
Dla mnie przeszłość czasami nie ma większego znaczenia, ponieważ przez te 21 lat „przerobiłem” już tyle osób na naszych trybunach, że nauczyłem się jednego – najważniejsza jest przyszłość i to co mamy teraz. Nie interesuje mnie to, że dana osoba 10 lat temu zaliczyła mecz na Flocie Świnoujście, gdzie mnie nie było.
Interesuje mnie to, że ta osoba przez kolejne 10 lat pokazała się na meczu tylko dwa czy trzy razy.
Nie interesuje mnie kto, że ktoś w 2005 roku zaliczył komplet wyjazdów jak teraz ta osoba została zdominowana przez kobietę, która pozbawiła go jaj i zamiast iść z nami na stadion woli spędzić z nią czas, bo innego wyjścia nie ma.
Takich sytuacji można by tu wymienić mnóstwo ale nie o tym chciałbym pisać.
Oczywiście ja również lubię czasami powspominać stare czasy, a największy urok opowieści te mają, gdy jedziemy autokarem i wymieniamy się historią z osobami, które są z nami do dziś.
Sam opowiadam o moim życiu kibicowskim, a najczęściej wspominam moje początki na Ruchu Radzionków, które łatwe nie były.
Jestem „jedynakiem” i cała uwaga rodziców zawsze skupiała się na mnie, dlatego nigdy nie akceptowali tego, że jestem kibicem.
Dla nich wygodniej by było, gdyby mnie wzięli do teatru i tym zarazili, ale niestety zrobili błąd, bo ojciec zamiast do teatru zabrał mnie na pierwszy mecz w 1997 roku i tak pozostało do dziś.
Nie wiem i nie pamiętam z kim wtedy zagrał Ruch Radzionków.
Wydaje mi się, że przeciwnikiem był Kembud Jelenia Góra, ale nie jestem tego pewien.



Przez kolejne lata ze względu na młody wiek również nie zwracałem większej uwagi na wydarzenia z trybun. Nie interesowały mnie flagi, które wisiały na płocie, ilu naszych kibiców wybiera się do innego miasta czy jakaś oprawa została zaprezentowana.
Dla mnie najważniejszy był Marian Janoszka czy Rafał Jarosz i wynik na boisku. Chociaż wtedy już pewien kibicowski epizod wydarzył się w moim życiu. Zaliczyłem pierwszy wyjazd na Górnik Zabrze, gdzie przegraliśmy 5:0 … fajny początek.

Wygoniony z młyna.

W pełni świadomym kibicem zacząłem być po spadku Ruchu z ekstraklasy.
Wtedy trybuny całkowicie się zmieniły.
Kibice sukcesu zapomniały o Ruchu Radzionków, ubyło pikników, a w młynie pozostały najwierniejsze osoby.
Wtedy też zrobiłem pierwszy krok w kierunku naszego młyna, niestety nieudany. Zostałem wygoniony. Ktoś rzucił hasłem „idź w inne miejsce – ile ty masz lat żeby tutaj z nami stać?”.
Kolejny mecz domowy i znowu to samo choć zmieniłem taktykę.
Grubo przed meczem stanąłem w środku młyna i znowu hasło typa, którego pewnie już z nami nie ma „Wypierdalaj na bok”.
Byłem zadowolony, bo jak by nie było to stałem z boku ale mimo wszystko w młynie.



Jestem uparty i chyba tylko to mi pomogło w dalszym dążeniu do tego, aby stać na tym sektorze, bo wreszcie trzecia próba się udała.
Był to mecz bez większego ciśnienia, a w młynie pojawiło się tylko parę osób, ale ktoś przyniósł flagę na kij.
Chętnych do machania nie było i ktoś rzucił tekstem w moją stronę „Ej, masz flagę i machaj cały mecz”. Dla mnie to była jak wygrana w totka. Udało się! Dumnie stałem z żółto-czarną szachownicą i tak rozpoczęła się moja w pełni świadoma przygoda na kibicowskim szlaku.
Po jakimś czasie byłem nawet członkiem pierwszej, radzionkowskiej grupy ultras „Brygada RR”.
Wielu może się to wydawać dziwne, ale tak kiedyś było.
Młyn był dla ogarniętych osób i nie każdy mógł w nim być.
Dzisiaj tak naprawdę każdy może przyjść i dopingować klub na sektorze, a jak młody zostanie wygoniony to za tydzień znajdzie miejsce na innym stadionie.

Szkoła życia.

Pierwszy mecz i pierwsze kroki na sektorze wśród najbardziej zagorzałych kibiców to nie wszystko. Był to szereg wydarzeń nie tylko na stadionie, ale również w życiu prywatnym. W mieście derbowym, gdzie rywal jest nawet klatkę obok bardzo dobrze sprawdza się hasło „Albo jesteś z nami – albo przeciwko nam”.
Chcąc, nie chcąc musiałem wybrać obie opcje.
Gdy poznałem już nowych kolegów przy Narutowicza 11 to poznałem również swoich wrogów. Najbardziej to odczułem w szkole, bo znajdowała się na ona w dzielnicy Bytomia, gdzie dzielnica była zdominowana przez kibiców Polonii Bytom.
Spokojnie było do momentu, kiedy najstarszy rocznik, głównie kibice Ruchu Radzionków, opuścili tą szkołę. Zostałem z dwoma kumplami, a jak by tego było mało, to przybyło kibiców Polonii.
Z początku nie robiło to na mnie jakiegoś wrażenia do momentu, gdy pewnego dnia postanowiłem okleić całą szkołę vlepkami.



Wtedy już każdy wiedział, że jestem „Cidrok” i zaczęły się pierwsze solówki czy wizyty na „dywaniku” u dyrektorki i tak przez całą podstawówkę i gimnazjum. Ale to jeszcze nic.
Najgorsze miało dopiero nadejść, gdy pod szkołą na mnie czekał 15 lat starszy ode mnie i dobrze wtedy znany Pan Z.
Do dziś mam przed oczami ten widok z okien klasowych – berecik „Ofensywy” i ubrana koszulka Polonii, która chyba nigdy nie była prana, bo nosił ją 24/h. Sam Z. był najmniej groźny tylko słynął z tego, że zawsze miał przy sobie różne „przedłużacze ręki”.
Taki Freddy Krueger – nawet z twarzy podobny.
Zamiast skupić się na lekcji, już musiałem kombinować jak wyjść ze szkoły, a że nauczyciele już wiedzieli o co chodzi to zawsze pomagali. Szczególnie Pan z WF-u, który otwierał tylne drzwi z sali.
Fajne też były dyskoteki szkolne. Prawie każda kończyła się awanturą i wizytą u dyrektorki następnego dnia. Szczególnie jedną dobrze zapamiętałem, gdy Polonia postanowiła przeprowadzić zbiórkę na flagę podczas dyskoteki, a ja chciałem tą zbiórkę przerwać.
Finał był tylko jeden – szybka ucieczka przez tylne drzwi, bo na salę nagle wbiegło 10 osób w wiadomym celu.
Była też jedna sytuacja w której Poloniści mi pomogli.
Groziła mi „pała” na koniec roku z matematyki i musiałem zdawać po lekcjach w klasie, do której uczęszczała cała ta lokalna śmietanka.
Zasiadłem w ostatniej ławce, babka dała mi zadania do rozwiązania no i problem, bo nie umiałem nic.
Na szczęście w klasie znalazł się jeden kujon, który został szybko „sterryzowany” przez Polonistów i tak moja kartka wędrowała przez całą klasę do niego, a ja dzięki temu zdałem do następnej klasy.

Start Bytom

Gdy w szkole rozwijała się moja nienawiść do lokalnego rywala to na ulicy również musiała wydarzyć się pierwsza, niekontrolowana sytuacja.
Miało dojść do ustawki pomiędzy Ruchem Radzionków z bytomskiego osiedla „Vitor”, a kibicami Polonii Bytom z radzionkowskiego osiedla „Rojca”. Kto miał wiedzieć o tym, to wiedział już dużo wcześniej, a z racji tego, że byłem tylko dzieciakiem, to o tej ustawce dowiedziałem się w zasadzie w ostatniej chwili.
Jak co dzień wybierałem się na osiedle i idąc na ławki zauważyłem, że starsi w solidnej ekipie biegną na tramwaj.
Miejscem docelowym było boisku Startu Bytom, które dzisiaj już nie istnieje. Nie zastanawiając się długo od razu pobiegłem do R. zapytać, czy ma jakieś informacje na ten temat, no i miał!
Po chwili razem z nim znalazłem się już w kolejnym tramwaju i żeby nie robić przypału kolegom, wysiedliśmy dwa przystanki wcześniej.
Będąc już blisko boiska Startu Bytom i widząc naszych chłopaków zauważyłem przejeżdżający samochód z „dziwnymi” ludźmi.
Jak się okazało, był to początek naszych kłopotów, bo w jednej chwili z każdej strony zjechała się Polonia - nie tylko z Rojcy, ale z całego Bytomia. Jedni ze sprzętem, inni z Pit Bullami. Nadjechał również wypełniony tramwaj ze Stroszka, z wyżej wymienionym Z. na czele. Kto dał radę to uciekł, bo Polonistów zjechało się około 60, a nas „tylko” 30. Niestety część osób od nas została potraktowana nie honorowo. Zresztą cała ta akcja odbiegała daleko od zasad kibicowskich czy warunków jakie były przed ustawką dogadane.
Starsi od nas byli mocno wkurzeni na tą akcję i przez kolejne dni wyłapywali pojedynczo Polonistów z Rojcy. Jeden nawet uciekał bez butów przez całą dzielnicę.
Mimo wszystko w ten dzień przejrzałem na oczy prawdziwą siłę naszego rywala.

Wyjazdy, czyli prawdziwy orzech do zgryzienia.

Na dzień dzisiejszy na swoim koncie mam ponad 120 wyjazdów.
Teraz po prostu wpisuję się na listę wyjazdową i jadę, jednak początki były naprawdę hardcorowe.
Z racji tego, że jestem jedynakiem to rodzice(znowu oni!) nie chcieli zaakceptować mojej pasji i były problemy z wyjściem na mecz domowy,  nie mówiąc już o wyjeździe.
Zawsze musiałem kombinować i okłamywać rodziców, no i problem był też z kasą. Odpuściłem jedzenie w szkole, odpuściłem jakiś soczek i nazbierało się przez dwa tygodnie. Aż nie potrafię zrozumieć dzisiejszej młodzieży. Chcesz im dać na bilet, na przejazd, zapewnić transport na zbiórkę, a i tak odmawiają lub są nie chętni na tego typu przygody. Kiedyś było inaczej.
Wracając do moich pierwszych wyjazdów i nie licząc meczu na Górniku Zabrze, gdzie pojechałem z ojcem i jego kumplami z kopalni, to mój pierwszy wyjazd był na Carbo Gliwice.



Było nas 40 z flagą „Ultras Ruch”.
W domu oczywiście awantura, jednak znalazłem rozwiązanie i wmówiłem rodzicom, że jadę samochodem z kumplem i jego ojcem – on mnie będzie pilnować. Matka uwierzyła, ojciec dał zielone światło.
Jeśli taktyka jest dobra, to po co ją zmieniać i tak też było przez kolejne wyjazdy. Zdarzały się telefony w czasie meczu „Daj mi ojca twojego kolegi do telefonu” i wtedy śp. Starszy już wiedział co robić i co gadać.
Prawdziwa wojna domowa była, gdy chciałem jechać na derby z Polonią Bytom. Starsi koledzy zbierali się w wyznaczonym miejscu i cała ta grupa akurat przechodziła pod moim blokiem, gdy ja się właśnie szykowałem. Pech chciał, że akurat w tym miejscu, czyli pod moim oknem całą naszą grupę otoczyła policja. Zaczęło się pałowanie, szarpanie itd. To wystarczyło, aby drzwi domowe zostały zamknięte na dwa zamki – „Wybij sobie z głowy ten mecz” – to usłyszałem od matki.
Na szczęście na stadion Polonii mam jakieś pięć przystanków i gdy  nasi kibice byli już pod stadionem to wybłagałem rodziców, żeby  wypuścili mnie chociaż na osiedle, bo przecież i tak na mecz już nie zdążę.



Udało się. Po wyjściu z klatki szybki sprint na przystanek i wbijam do tramwaju … wypełnionego kibicami Polonii. Do meczu pozostało mało czasu i myślałem, że nikogo już na swojej drodze nie spotkam, a tu taka „niespodzianka”. Na szczęście nikt mnie wtedy nie rozpoznał i szybko zmieniłem drzwi i udałem się do przedniego wejścia w tramwaju. W drodze na stadion wmieszałem się w jakąś grupę pikników i gdy skręciłem w stronę naszego sektora  ich miny były bezcenne.
Później było jeszcze Opole.
Na dzielnicy takiej mobilizacji dawno nie było. Zresztą do dzisiaj sobie nie przypominam, aby przez kolejne lata ludzie z takim nastawieniem jechali na mecz wyjazdowy. Przez tydzień chłopaki ze śp.Starszym na czele chodzili po osiedlu i nakręcali każdego na ten wyjazd. Nie było gadania, czy możesz jechać, czy chcesz jechać, czy masz czas. Było krótko – albo jedziesz albo wjebane. Parę osób załapało się na klapsy, ale dzięki temu jeden z trzech autokarów był w całości zapełniony przez moje osiedle, czyli jakieś 50 osób.



Nawet autokar podjechał na dzielnice, a dopiero później do Radzionkowa na główną zbiórkę. Do dzisiaj żadna dzielnica w naszych szeregach nie osiągnęła takiej liczby na wyjeździe.
Sytuacja u mnie w domu przed tym meczem była w miarę spokojna.
Rodzice nie marudzili więc plan był taki, że zjem obiad i wychodzę na zbiórkę. Akurat ojciec był w sklepie i spotkał kolegę, który mu opisał ten mecz – „Odra Opole to zgoda Polonii, oni jadą się tam bić”. W sumie Ameryki nie odkrył, ale to wystarczyło, aby na parę minut przed zbiórką znowu drzwi zostały zamknięte na dwa zamki.
Wtedy już nie wytrzymałem. Najpierw próbowałem wyrwać drzwi i zawiasy zostały mocno naruszone. Później wyrwałem klamkę, lecz i to nie pomogło. Szantażowałem, że skoczę z okna jak nie pojadę na mecz. Próbowałem też wyrwać klucze matce – ogólnie awantura na całego i było mnie słychać na pół bloku, ale udało się!
Rodzice w końcu zrozumieli, że mają w domu psychola – drzwi się otwarły i znowu szybki sprint na zbiórkę.
Gdybym nie był uparty to pewnie bym już odpuścił i został w domu, ale nie mogłem się wyłamać i musiałem z wszystkimi jechać do Opola i nie żałuję, bo był to mój najlepszy wyjazd w całej kibicowskiej karierze. Wtedy też zadebiutowała grupa ultras South Inferno, którą między innymi ja założyłem.

Dzika przeszłość

Na przestrzeni tych wszystkich lat, aż do dnia dzisiejszego sam mogłem zauważyć, jak zmieniała się scena kibicowska nie tylko w Polsce, ale również w naszym malutkim Radzionkowie.
Jestem zadowolony, że moja przygoda rozpoczęła się już pod koniec lat ’90. Cała scena kibicowska wyglądała wtedy inaczej. Chyba nawet lepiej niż teraz, bo była taka „dzika” i spontaniczna.
Jak widać z opowieści, równie dzikie były moje początki w kibicowaniu. W tym czasie wiele osób odpuściło mecze na Ruchu Radzionków. Ci co mnie wyganiali z młyna, Ci co płakali nad grobem śp.Starszego, Ci co głośno śpiewali „Ruchu jesteśmy z Tobą, nie opuścimy Cię…”. Część oczywiście została zmuszona do tego, aby opuścić naszą wiarę, ale część niestety pozostawiła swój rozum gdzieś w tyle, a poszła za głosem … no właśnie kogo? Czego?
Dla mnie jest to niezrozumiałe, ale wiem jedno – takie osoby są dla mnie zerem. Życie kibicowskie zweryfikowało już u nas wielu ludzi, którzy zostali gdzieś daleko w tyle, ale to nie znaczy, że jest nas mniej. Wizualnie może to i tak wygląda w porównaniu z poprzednimi latami, ale według mnie liczy się jakość, a nie ilość!





Dodane: 2018-02-12
ultrasruch.com - Serwis kibiców Ruchu Radzionków | South Inferno ' 04