Praca, żurek i wyjazd do Kluczborka

Relacje z wyjazdu do Kluczborka będzie się trochę różniła od tych „nudnych”, klasycznych relacji, ponieważ opiszę cały dzień z mojej perspektywy, a nie tylko sam wyjazd.
Jako, że Kluczbork jest niedaleko i godzina meczu powiedzmy, że normalna to z rana pojechałem jeszcze do pracy. Wpadła do kieszeni stówka, swoje zrobiłem, a w głowie i tak miałem tylko sobotni mecz. Po pracy szybki powrót do domu, by się spakować i zjeść obiad – pyszny żurek Śląski – zawsze mi się kojarzył z sobotą i meczem. Za czasów ekstraklasy najpierw trzeba było zjeść właśnie żurek, by móc później wyjść w stronę stadionu.
Nic, trzeba wrócić do rzeczywistości i III ligi.



Podjechałem na zbiórkę w wyznaczone miejsce o wyznaczonej godzinie, a tam już część wiary oczekuje na autokar. Każdy zadowolony, wszyscy odpowiednio przygotowani w prowiant głównie ten alkoholowy. Osobiście nie jestem zwolennikiem picia na wyjazdach, jednak sam ostatnio lubię strzelić jednego browarka bardziej dla smaku, niż by się uchlać. Zresztą moja słaba głowa mi na wiele nie pozwala i też wiem, gdzie jest moja granica, a niestety nie wszyscy potrafią to u siebie wyczuć.
Autokar podjeżdża i już widać wizualnie, że zabraknie miejsc dlatego na szybko zostały ogarnięte samochody. Wyjazd trochę się opóźnił, bo jakiś dwóch facetów zgubiło na terenie Radzionkowa swój telefon i nagle wpadli na pomysł, że może być w … autokarze. Kulturalnie udowodniliśmy, że tego telefonu u nas nie ma i można było ruszać w kierunku Kluczborka.
Droga mija sprawnie i szybko, bo tylko jeden postój został zrobiony, oczywiście na stacji, która została otoczona od razu przez białe kaski. Pamiętam wcześniejsze lata i promocje podczas wyjazdów. Teraz to by się źle skończyło. Kibol plus promocja – dożywocie gwarantowane.
Przy okazji przypomniał mi się wyjazd do Babienic, gdzie na promocji każdy „pożyczył” sobie colę, fantę, a P. który się zakochał i już go nie ma, wziął sobie oranżadę „Krzyś” za 90 groszy.
30 minut przed meczem dojechaliśmy pod stadion w Kluczborku i dla mnie o dziwo był to pierwszy wyjazd do tego miasta. Sam stadion jakoś większego wrażenia na mnie nie zrobił i w zasadzie niczym się nie wyróżniał. Za to gospodarze potraktowali nas bardzo miło, bo do biletu każdy otrzymał gratis kanapkę, a w czasie meczu można było zakupić piwerko i dobrą kiełbasę.
Na sektorze sporo śmiechu i różnych sytuacji – tutaj pewnie alkohol miał swój wkład ale też robiliśmy swoje, czyli głośny doping, który niósł się po okolicy.
Było nas 60, a pewna osoba po spotkaniu stwierdziła, że było nas słychać jak by nas było dwa razy więcej. Chyba to nasza zaleta wyrobiona na przestrzeni lat, czyli głośne gardła i mocne głowy :)
Niestety doping ten nie pomógł naszym zawodnikom, którzy przegrali 2:0.
Z jednej strony byłem zły, bo nic nie pokazali godnego uwagi z rywalem, który był przecież niżej niż My, a z drugiej strony mam świadomość tego, że nasza drużyna całą zimę trenowała na obcych boiskach, nie mając nawet swojej szatni, a do tego połowa ¼ drużyny leczy kontuzje.
Może teraz, po pierwszym meczu na nowym boisku w Radzionkowie coś ruszy i zaczną zdobywać te potrzebne punkty,
Podczas wyjazdu do Kluczborka została również przeprowadzona zbiórka pieniędzy dla jednego z fotografów „Stadionowych Oprawców”, a prywatnie kibica Widzewa Łódź u którego wykryto białaczkę. Akurat na zbiórki w naszym radzionkowskim środowisku nie można narzekać, bo zawsze  każdy chętnie wrzuca swoje pieniądze do puszki i tym razem było tak samo, bo udało się zebrać na sektorze gości 512, 85 zł.
Nasz wyjazd do Kluczborka trochę się opóźnił o czym pisałem już wcześniej, ale powrót również został opóźniony przez białe kaski, które nie były już takie miłe jak klub z Kluczborka.
W czasie meczu został spontanicznie odpalony „aż” jeden stroboskop, który od razu wpadł w oko kamery tajniaków, którzy stali nad naszymi głowami. Szukali, szukali aż się doszukali naszego kibica, który został zatrzymany przy wyjściu ze sektora.
Oczywiście szybko dajemy do zrozumienia, że nigdzie bez niego nie jedziemy, poleciały też bluzgi w stronę smutnych panów aż nagle jeden z nich przez przypadek odpalił gaz łzawiący.
Chyba z tych nerwów tak mu się trzęsła ręka. Pies w szoku szybko schował się za kordon, a inni, głównie tajniaki, zaczęli się dusić :)
Po paru minutach nasz kibic został wypuszczony i mogliśmy wracać w komplecie do Radzionkowa.
Większość zapomniała już o wyniku przy wejściu do autokaru i tam podczas drogi działy się różne, ciekawe rzeczy i żeby to przeżyć to trzeba po prostu jechać z nami.
A bym zapomniał – K. podczas postoju na stacji postanowił zatańczyć break dance w specyficzny sposób. Ruch Radzionków zgłasza swojego człowieka do następnej edycji „You Cant Dance” … albo może i nie, bo to produkcja tvn :)




Dodane: 2019-03-26
ultrasruch.com - Serwis kibiców Ruchu Radzionków | South Inferno ' 04