Wyjazd rzecz Święta. Relacja z Częstochowy - Świętego miasta.

Częstochowa - miasto na prawach powiatu w województwie śląskim, choć jego mieszkańcy niezbyt chętnie przyznają się do tego podziału administracyjnego. Problem w tym, że do łódzkiego też im daleko. Od lat częstochowianie marzą o własnej enklawie, na wzór PRL-owskiego częstochowskiego, tyle że byłby to twór równie niemrawy, co województwo opolskie albo i kurwa gorzej. Może jak Papszun jebnie z Rakowem majstra i jakimś zrządzeniem losu wtoczą się chociaż do Ligi Europy to dostaną prezent od Jarka, za wybitne zasługi dla polskiej piłki nożnej na przestrzeni ostatnich lat?


Bzdury – chuja tam dostaną. Śląsk i szlus, mogą sobie pod nosami marudzić.
Do tejże Częstochowy ostatnimi laty jeździmy regularnie, tym razem wyprawa jednak była o tyle ciekawsza, że po wielu sezonach dane nam było odwiedzić obiekt miejscowej Victorii.
Nie tej, o której śpiewał Rysiek Riedel, a biało-zielonej, nieco zapomnianej drużyny ze „świętego miasta”.
Większość osobników z dzisiejszego młyna Ruchu nie pamięta już ostatniego wojażu na Victorię, a co smutniejsze większość obecnych wówczas pozerów na sektorze gości w Częstochowie nie pamięta już o naszym Ruchu.
Nie o tym jednak dzisiaj – ruszamy niemal pełnym busem.
Wyjazd w sobotę rzecz święta. Śpiewki, żarciki, ogólnie nawet kulturka.
Dojazd do stadionu biało zielonych prowadzi przez zabudowania wyglądające nieznacznie tylko lepiej od sławnego słowackiego osiedla Lunik IX czy bytomskiego śródmieścia.
Przed wejściem wita nas komitet policyjny wyposażony w butle z gazem, jakby przysłało ich PGNiG na otwarcie Baltic Pipe.
Na nasze szczęście „rurociągi” oddzielają nas tylko od zabudowań i na stadion wchodzimy gładko i płynnie.
Jak się okazuje nawet w Częstochowie można zobaczyć mecz w cywilizowanych warunkach, bo jak dobrze pamiętamy w ubiegłym sezonie Raków zaserwował nam oglądanie spotkania z łąko-krzaków.
Mecz jak mecz. Pierwsza połowa w pizdę, po żenującej właściwie grze naszego zespołu.
Dopingujemy zadowalająco, a i miejscowi tworzą 7 osobowy młynek. Zajawkowicze - dobre i to.
W przerwie raczymy się kiełbaską stadionową i choć jest niewielkich rozmiarów, a po przejściu pierwszych 30 osób w przerwie zostają właściwie same surowe kawałki – na bezrybiu i rak ryba.
W tej lidze trzeba doceniać jakąkolwiek formę stadionowej gastronomii, bo poza Radzionkowem pojawia się ona nieczęsto.
W drugiej połowie nasi piłkarze ruszają już na rywali w swoim stylu, mecz kończymy jednak tylko z 1 punktem przy wyniku 2-2.  
Szkoda kolejnych straconych punktów, ale jeśli wiara czyni cuda – wierzymy!
Sezon jeszcze długi, a kalendarz jasno wskazuje, że przed nami Siewierz u siebie, a następnie Piast II Gliwice.
Zadziałajmy tak, by to 12-ty zawodnik przechylił szalę zwycięstwa w kolejnych meczach na korzyść żółto-czarnych.

P.




Dodane: 2022-09-16
ultrasruch.com - Serwis kibiców Ruchu Radzionków | South Inferno ' 04