Okiem Kibica - Gks Tychy.

Pierwszy akord nowego sezonu, i od razy największy hit. Bo wszak kibice GKS"u Tychy to zdecydowanie najliczniejsza i najmocniejsza ekipa w tej grupie czwartej ligi, a i sam tyski klub uważany jest powszechnie za głównego faworyta do zwycięstwa w tych rozgrywkach, obok Ruchu Radzionków zresztą. A i kibice Cidrów, bez fałszywej skromności, to chyba ekipa numer dwa tej ligi, z Tychami jednak niemogąca się równać.

Jednak patrząc z perspektywy fanów z Tychów, gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma i w Tychach nie ukrywano, że wyjazd do Radzionkowa jest tym najbardziej prestiżowym. A to wszystko powodowało, iż faktycznie już w pierwszej kolejce miało mieć miejsce wszystko, co w tej rundzie jesiennej najciekawsze, przynajmniej na papierze.
Wśród nieco starszych kibiców żyła zapewne w pamięci ostatnia konfrontacja tych klubów, bo przecież trzecioligowy mecz z czerwca 1992 roku jest jednym tchem wymieniany jako jedno z tych najbardziej pamiętnych spotkań z udziałem Cidrów, obok pierwszoligowych pojedynków z Widzewem czy Lechem, czy pucharowych z Ruchem Chorzów i Górnikiem Zabrze, czy może jeszcze kilku innych meczów. Wtedy stadion "pękał w szwach", a poziom i dramaturgię tamtego meczu pewnie można by rozdzielić na kilka spotkań ekstraklasy. Jednak większość osób stojących w tym i w innych spotkaniach w radzionkowskim młynie, choćby z racji wieku, nie mogła tego wydarzenia pamiętać. A naprawdę łezka w oku mogła się zakręcić widząc ten pusty teraz stadion, a pamiętając tamte tłumy sprzed już przeszło czternastu lat.
Szczególnie smutnym widokiem była zupełnie pusta trybuna od strony ulicy Strzelców Bytomskich, zwana czasami �tramwajową� (od biegnących wzdłuż niej torów tramwajowych). Przecież tam od zawsze, i w latach tłustych, i w tych chudych gromadziło się najwięcej ludzi, tam swoje miejsce od początku swojego istnienia miał radzionkowski młyn, to tam ogrodzenie zdobiły flagi, to stamtąd płynął zawsze najgłośniejszy doping. Na kilka dni przed meczem dotarła bowiem do kibiców wiadomość, że trybuna ta, a także sektory na łukach i za bramką od strony osiedla Stroszek, miała zostać zamknięta. Względy ekonomiczne i organizacyjne. Młyn Ruchu musiał być więc przeniesiony na drugą stronę, znalazł on sobie miejsce tuż przy klubowym budynku, tuż przy ławce rezerwowych drużyny gości.
Zanim jednak kibice zajęli swoje miejsca, musieli na stadion� jakoś dotrzeć. A to okazało się sprawą niezwykle skomplikowaną. Dojście od strony ulicy Strzelców Bytomskich do jedynej czynnej bramy wejściowej (tej od strony ulicy Narutowicza) zostało skutecznie zablokowane przez kordony policji z chwilą dotarcia pod stadion kibiców gości. Policja więc najpierw kierowała kibiców Ruchu do bramy od strony Stroszka, w rzeczywistości przecież nieczynnej.
Grupka fanów Ruchu i wspomagających ich tego dnia Szombierek, która rzeczywiście zawierzyła panom policjantom, musiała się stamtąd jednak ewakuować przed uzbrojonymi w kamienie miejscowymi kibicami Polonii Bytom (choć słowo "kibice" jest tu na wyrost, bo przecież jak można nazwać kibicem kogoś, kto w czasie, gdy jego drużyna gra mecz na własnym boisku, woli stać pod stadionem lokalnego, nic na tle jego ekipy nieznaczącego rywala?!). Chwilkę potem (choć kibice GKS"u Tychy byli już wtedy dawno w komplecie na stadionie!), wyśmiana została propozycja okrążenia stadionu w asyście panów z prewencji, by wreszcie po kilkunastu minutach wymiany zdań (w której kilku z tych panów zaprezentowało niestety język i maniery jakby żywcem wyjęte z czasów głębokiego PRL"u, kiedy ich formacja nosiła jeszcze inną nazwę) kibicom udało się dotrzeć do bramy wejściowej. A i ta brama okazała się być chwilę potem zamknięta (znajdowała się zbyt blisko sektora gości?), kupowało się tam tylko bilety, a na teren stadionu wchodziło się ad hoc otwartą dla kibiców jeszcze inną bramą. Organizacyjna farsa�
Kto wie czy fakt tych problemów pod stadionem, który naprawdę wielu kibiców doprowadził do podgorączkowych stanów, nie zniechęcił jakiejś części osób do przyjścia na mecz, nie spowodował, że wrócili się oni do domów?! Fakt faktem jednak jest, że na stadionie ze strony gospodarzy zjawiła się doprawdy garstka widzów.
Już długo przed meczem zastanawiano się jak fani Ruchu Radzionków przyjmą spadek do czwartej ligi, bo każdy do tej pory spadek powodował odejście raz większej, raz mniejszej części widowni. Do tego doszła, choć to przecież środek lata, doprawdy iście jesienna pogoda : chłód, wiatr i deszcz, która nie zachęcała na pewno do stania przez prawie dwie godziny na stadionie. A ponadto część kibiców nie wróciła zapewne na ten mecz z wakacyjnych wojaży. Odpowiedź wszyscy obecni na stadionie dobrze widzieli kibiców gospodarzy na pewno nie było więcej niż przyjezdnych z Tychów (a tych było z perspektywy sektorów gospodarzy 250, może 300; sami Tyszanie wyliczyli się ponoć na 320).
W samym młynie stawiło się tego dnia około stu osób, przez część meczu (szczególnie w drugiej połowie) ciut mniej, przez część meczu zapewne ciut więcej. A w liczbę tę wliczonych zostało jedenastu wspomagających gospodarzy tego dnia fanów Szombierek Bytom. Dość przypomnieć, że trzecioligowe mecze w bardzo niedalekiej przecież przeszłości z GKS"em Jastrzębie czy z Rakowem Częstochowa, czyli z ekipami o podobnej do GKS�u Tychy kibicowskiej klasie, potrafiły ściągnąć do młyna nawet wyraźnie przeszło dwa razy tyle ludzi, a to powinno starczyć za cały komentarz.
Na płocie skromnie dwie flagi ("South Interno" oraz herb). Doping regularny, acz momentami może niewystarczająco głośny, momentami wręcz niemrawy. Za to oprawa chyba godna najbardziej prestiżowego meczu sezonu. Na początek sektorówka z herbem w asyście flag-krzyżaków, krótko przed przerwą jeszcze dwadzieścia trzy odpalone race, a w drugiej odsłonie znów najpierw kilkadziesiąt flag z krzyżami, potem pasy materiału oraz żółte i czarne transparenty, wreszcie tzw. ognie wrocławskie. Te ostatnie tak mocno zadymiły boisko, że mecz na kilka minut musiał zostać przerwany.
Goście przywieźli ze sobą dwie flagi, a na początku meczu zaprezentowali podświetlany stroboskopami napis na folii "Królowie Śląska GKS Tychy 71". Doping tej grupy mniej więcej taki, jak układał się dla tyskiej drużyny mecz. Czasami udawało im się solidnie zaśpiewać, czasami przez dłuższe chwile milczeli, a czasami dawali kibicom Ruchu Radzionków dowód, że nie tylko w ekipie Cidrów jest problem z ludźmi, którzy nie bardzo garną się do śpiewania.
O ile z sektora po lewej stronie budynku klubowego płynął cały czas kulturalny doping (młyn Ruchu nie dał się ani na chwilę sprowokować kibicom z Tychów, którym bluzgi w stronę gospodarzy parę razy się "wymsknęły"), o tyle z prawej strony tegoż budynku już nie było tak sielankowo. Najpierw jeden z obecnych na stadionie kibiców Szombierek podjął desperacką próbę zdobycia jednej z flag gości, szybko został jednak "zgarnięty" przez policję. Fani z Tychów zareagowali próbą wyłamania ogrodzenia i przedostania się na sektory gospodarzy. Błyskawiczna była jednak reakcja prewencji, interweniowała między innymi armata wodna, która jednak zmoczyła głównie zabezpieczających sektor gości policjantów. Od tej pory rozpoczęła się niestety wymiana przeróżnych inwektyw między kibicami z Tychów a stojącymi nieopodal nich Radzionkowianami.
W pewnym momencie wypatrzono także wśród kibiców gospodarzy dwóch osób niekryjących swoich sympatii dla drużyny GKS"u Tychy. Ci jednak widząc zmierzających w ich stronę kilku kibiców Cidrów ratowali się ucieczką do klubowego budynku, a z niego poprzez tunel wyjściowy dla piłkarzy na ławkę rezerwowych zespołu gości. Być może pomylono piłkarzy GKS, którzy nie zmieścili się tego dnia do składu z kibicami z Tychów. Ale jeśli tak, to jeden z nich, już z ławki rezerwowych na pewno nie zaprezentował postawy godnej sportowca, prowokując wyzwiskami osoby stojące powyżej w młynie Ruchu.
Zwycięstwo drużyny Ruchu Radzionków po niezłej grze w tym wyrównanym meczu wprawiło sympatyków tej drużyny w iście szampański nastrój. Ten jednak został szybko zmącony, gdyż historia sprzed spotkania zaczynała się powtarzać i po meczu. Duża część kibiców decyzją policji musiała dobre dwadzieścia minut czekać przy bramie aż fani z Tychów opuszczą swój sektor, wsiądą w autobusy i odjadą. Stadion Ruchu Radzionków to chyba jedyny obiekt w Polsce, gdzie po meczach najpierw wypuszcza się gości, a gospodarzom każe się czekać. Bo to przecież nie był pierwszy taki przypadek. Organizacyjnej farsy ciąg dalszy�

Autor : Kibic Ruchu
Dodane: 2006-08-08
ultrasruch.com - Serwis kibiców Ruchu Radzionków | South Inferno ' 04